Brawurowa komedia, która zmienia się w farsę. „Berlin Berlin” w Teatrze Współczesnym
29 grudnia, 2022
„Fabelmanowie”. Cząstka wspomnień z dzieciństwa, relacje z rodzicami i pasja do kina
30 grudnia, 2022

O końcu i początku. „Światło i płomień. Odrodzenie i zniszczenie Rzeczypospolitej”

To opowieść o upadku Rzeczypospolitej autorstwa Richarda Butterwicka (fot. Kazimierz Wojniakowski)

Czy dawna Rzeczpospolita naprawdę była państwem upadłym, które samo przegrało swą wielkość i skazało się na zagładę? Richard Butterwick, brytyjski profesor historii, absolwent Cambridge i studiów doktoranckich na Oxfordzie w swoim najnowszym dziele – „Światło i płomień. Odrodzenie i zniszczenie Rzeczypospolitej (1733–1795)” przekonuje, że zdecydowanie nie. Pozbawiony obciążeń i uprzedzeń kreśli obraz wielkiego potencjału Rzeczypospolitej, który na kilka lat zajaśniał pełnym blaskiem i spłonął – w ogniu rosyjskich dział w wojnie o konstytucję 1791 roku i powstaniu kościuszkowskim. Angielski historyk w nowatorski sposób wpisuje dzieje Rzeczypospolitej w szeroki kontekst europejski, wyjaśniając dyplomatyczne rozgrywki i strategiczne cele trzech wielkich mocarstw – Rosji, Prus i Austrii. To podważająca mity opowieść o końcu i początku – zniszczeniu polsko-litewskiego państwa i narodzinach nowoczesnego narodu, a także o bezprecedensowej próbie odwrócenia biegu historii. „Trudno będzie napisać lepsze studium polityki ostatnich sześciu dekad niepodległego państwa polsko-litewskiego” – zauważa prof. Hamish Scott, Jesus College, Uniwersytet Oxfordzki. Angielskie wydanie książki zostało uhonorowane nagrodą Pro historia Polonorum 2022 za najlepszą zagraniczną książkę o historii Polski. Autorem polskiego przekładu jest Michał Ronikier.

W drugiej połowie XVIII wieku Rzeczpospolita była buzującym kotłem energii społecznej i przeciwstawnych idei. Szok wywołany I rozbiorem (1772) i ponownym zacieśnieniem rosyjskiej dominacji uruchomił desperacki wysiłek na rzecz ocalenia państwa – Sejm Wielki, który Butterwick nazywa „polską rewolucją”. Jak wyglądało ścieranie się idei oświecenia ze szlachecką kulturą polityczną i słynna walka „peruki z wąsami”?

Na historycznej szachownicy autor rozstawia zarówno najważniejsze, jak i poboczne figury: tragiczną postać króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, wielkich magnatów, wizjonerskich reformatorów i zwykłych szlachciców. Pamięta jednak o tym, że cała ta partia rozgrywała się w złowrogim cieniu agresywnych monarchii ościennych i pod czujnym okiem ich władców, z Katarzyną II na czele.

Fragment prologu

W niedzielę 6 maja 1787 roku poranek był chłodny i jasny. Silne wiosenne światło słoneczne mąciły przelotne opady. Po wodach ogromnej rzeki Dniepr, zasilanych przez topniejące po długiej zimie śniegi i lody, płynęła na południe flotylla siedmiu pałacowych galer i około osiemdziesięciu mniejszych jednostek. Wielka wyprawa rosyjskiej imperatorowej Katarzyny II była tematem rozmów w całej Europie. Monarchini wizytowała południowe obszary imperium, energicznie zasiedlane przez potężnie zbudowanego mężczyznę, przypominającego antycznego Kolosa, który jednocześnie był faktycznym współwładcą państwa, wieloletnim faworytem carycy i zapewne jej potajemnie zaślubionym mężem — Grigorija Potiomkina. Wojaż imperatorowej stał się okazją do powstania terminu „wsie potiomkinowskie”, wywiedzionego ze złośliwie przejaskrawionych opisów pospiesznie wznoszonych lub powierzchownie i prowizorycznie odnawianych osiedli nadbrzeżnych. Katarzyna, od dawna nazywana Wielką przez wielbicieli i pochlebców, odbywała podróż na Krym. Zanosiło się na wojnę z imperium osmańskim. Gdy około dziesiątej rano flotylla zarzuciła kotwice w pobliżu miasteczka Kaniów, bateria artylerii, ustawiona na wysokim polskim brzegu, uczciła jej przybycie 101 salwami. Armada odpowiedziała dziewięcioma salwami z własnych dział.

Na brzegu oczekiwał pełen niepokoju, dość zażywny pięćdziesięciokilkuletni mężczyzna o orlim nosie i dużych ciemnych oczach. Był to Stanisław August Poniatowski, elekcyjny król polski, wielki książę litewski, ruski, pruski, mazowiecki, żmudzki etc. Część jego monarszej tytulatury była już jedynie wspomnieniem utraconych prowincji. Po dwudziestu dziewięciu latach miał ponownie ujrzeć ukochaną niegdyś kobietę, która wyniosła go na królewski tron i nie tylko udaremniła jego wysiłki, zmierzające do zreformowania Rzeczypospolitej, lecz ją sobie podporządkowała i okroiła. Aby doprowadzić do tego spotkania, naraził się na wysiłek i koszt związany z przebyciem zaśnieżonych dwóch trzecich nadal olbrzymiego Królestwa Polskiego z orszakiem liczącym około trzystu pięćdziesięciu ludzi. Podczas próby przeprawy przez Wisłę zniósł nawet zimną kąpiel, kiedy pod jego orszakiem załamał się lód. Po przybyciu do Kaniowa oczekiwał przez sześć tygodni w pospiesznie zaprojektowanej i wzniesionej drewnianej rezydencji. Podczas gdy topniejący śnieg zamieniał się powoli w błoto, w położonym nieco dalej w górę rzeki Kijowie śmietanka polsko-litewskiej arystokracji składała hołdy potężnej imperatorowej. Ona zaś manifestowała swą pobożność w budzących cześć swoim wiekiem świątyniach miasta, a prywatnie skarżyła się na nudę obrzędów religijnych. Dawna stolica Rusi została odebrana przez Moskwę Rzeczypospolitej Obojga Narodów w 1654 roku, a formalnie przyłączona do Moskwy traktatem pokojowym w roku 1686. Była obecnie prowincjonalnym miastem, którego najważniejsi mieszkańcy — jeśli wierzyć oficjalnej kronice królewskiej wyprawy, spisanej przez biskupa Adama Naruszewicza — nadal kultywowali polską mowę, nosili polskie stroje i fryzury.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *