Mit zjednoczonej Polski zaczyna upadać. Na teatralne deski wchodzi „Król”
Maj 18, 2018
Euforia, szaleństwa, zabawa. Obrazy z kręgu École de Paris idą pod młotek
Maj 19, 2018

„Nie jesteśmy złym narodem”. Katarzyna Dowbor o byciu pisarką [WYWIAD]

Dziennikarka Katarzyna Dowbor znana jest z miłości do koni (fot. Łukasz Kowalski)

Dziennikarka telewizyjna, autorka wielu programów i jak sama mówi: ostatnia spikerka. Katarzyny Dowbor nikomu w Polsce nie trzeba przedstawiać, bo jej charakterystyczny głos, uśmiech i burzę rudych włosów zna każdy. Za jej popularnością podąża też program, który prowadzi obecnie w telewizji Polsat – „Nasz nowy dom”. Jako matka, babcia i miłośniczka koni postanowiła wydać cykl książek dla dzieci zatytułowany „Stajnia pod tęczą”. Współautorem jest jej przyjaciel i pisarz – Marcin Kozioł.

Skąd pomysł na książkę, kto pierwszy wpadł na ten pomysł?

Oczywiście Marcin, ponieważ jest osobą niezwykle rzutką i przede wszystkim jest pisarzem. Ma już na swoim koncie wiele książek dla młodzieży, których recenzentką była zresztą moja córka. Z nami to w ogóle jest śmieszna historia, ponieważ byliśmy sąsiadami i mieszkaliśmy obok siebie, zanim cztery lata temu się wyprowadziłam. Poznaliśmy się przez mojego kota, który wymyślił sobie, że jego drugim domem będzie dom Kasi i Marcina. Jak tylko słyszał, że oni otwierają lodówkę, to już tam był. Uwielbiali go i najpierw zaprzyjaźnili się z nim, a dopiero potem my zaczęliśmy się kolegować.

Wtedy też zobaczyłam, że Marcin uwielbia zwierzęta. Mój kot Jagger stał się nawet bohaterem jednej z jego książek. Uznałam więc, że muszę Marcina poznać z moimi innymi zwierzętami, m.in. koniem Rodezją i zawiozłam go do stajni. Od kiedy pierwszy raz wsiadł na konia, zaczęła się jego miłość do tych zwierząt. Dzięki temu zyskaliśmy wspólną pasję. Marcin zaczął się pilnie uczyć i uczęszczał na zajęcia z jazdy konnej. W tej chwili to już jeździ na rajdy.

Marcin Kozioł i Katarzyna Dowbor w stajni (fot. mat. pras.)

I tak zrodziła się „Stajnia pod tęczą”?

Tak, ponieważ któregoś dnia zadzwonił do mnie i powiedział, że ma pomysł. Cały czas rozmawialiśmy o Rodezji, czyli mojej starej kobyle, o Pepku, czyli moim malutkim psie, innych koniach, na których Marcin jeździł. Uznał więc, że z tego musi powstać jakaś opowieść. Zaczęliśmy opowiadać sobie różne bajki (śmiech), co też nasze zwierzęta muszą myśleć i jak nas obgadują. W ten oto sposób powstał cykl „Stajnia pod tęczą”. Jej szefową jest Pani Kasia, do której przyjeżdża wnuczka Janeczka (moja własna ma też tak na imię). Jest też pies Peppe, Niunio, który jest głównym bohaterem oraz oczywiście ciotka Rodezja. Te wszystkie zwierzęta, które do nas mówią, choć tego nie słyszymy, teraz przemówiły naprawdę.

Pasją do koni zaraziła Pani współautora, a teraz mają jej ulec również młodzi czytelnicy?

To będzie cały cykl książek, które właściwie już są, bo zostały napisane. Wydrukowana jest na razie pierwsza z nich. Kolejna będzie za miesiąc i jeszcze jedna we wrześniu. Co ważne, to jest książka interaktywna, czyli nie tylko bawi, ale też uczy. Pierwszą czytelniczką była moja wnuczka. Gdy byliśmy na nartach, to wieczorami najpierw ja jej czytałam, potem moja córka, a na końcu Janka czytała nam kolejne rozdziały. Była zachwycona i już czeka na kolejny tom.

Wszyscy znamy wielką miłość najmłodszych do komputerów, więc Marcin wymyślił aplikację. Nagraliśmy filmiki, które dzięki niej można oglądać i zobaczyć prawdziwego Niunia, Pepka, które są w stajni, gdzie dzieje się wiele fajnych rzeczy. To jest książka, w której dzieci oprócz tego, że czytają, co jest bardzo ważne, bo coraz mniej czytają, dostają zadania do wykonania. Muszą coś narysować, zrobić zdjęcie i zdobywają sprawności. Pamiętam, że gdy byłam dzieckiem, to fascynowałam się harcerstwem i zdobywanie sprawności było fantastyczną sprawą. To powoduje, że ta książka będzie z dzieciakami na długo.

Ponadto już na pierwszej stronie jest napis: „książka należy do…”, więc dziecko musi sobie ją jeszcze podpisać i wówczas to na pewno jego książka.

Pierwsza książka cyklu „Stajnia pod tęczą” nosi tytuł „Czary na komary” (fot. mat. pras.)

To cykl dedykowany do dzieci, które już same czytają, a jak ważne Pani zdaniem jest czytanie dzieciom?

Myślę, że to jest najważniejsze, dlatego, że dzieci powinny mieć szacunek do książek. Tak starałam się wychowywać swoje dzieci. Czytało się od pierwszego roku albo nawet wcześniej. To jest naprawdę fantastyczne, bo niezwykle rozwija wyobraźnię i słownictwo. Dzieci, którym się czyta, dużo szybciej zaczynają mówić i ładniej to robią, ponieważ słyszą i powtarzają. Potem, jak same zaczynają składać litery, to fajniej się wypowiadają, bo mają większy zasób słów, który oczywiście bierze się z książek. Uważam, że język polski jest piękny, tylko trzeba go znać.

Między Pani dziećmi jest znaczna różnica wieku. Dostrzega Pani różnicę pokoleń w podejściu do czytania książek?

To wszystko zależy od domu. Czasami wchodzę do czyjegoś domu i nie widzę żadnej książki, no może poza kucharską, choć też nie zawsze, bo teraz wszystko można znaleźć w internecie. Jeżeli nie ma książek, to jest mi smutno, dlatego że dom przez książek jest domem pustym. Nawet, jeśli byłby pięknie urządzony i miał najdroższe meble, kryształy i inne rzeczy, to będzie domem bez duszy.

Dziennikarka Katarzyna Dowbor została pisarką (fot. mat. pras.)

Pani to wyniosła z domu?

Tak, bo jestem córką naukowca, więc u nas książek było strasznie dużo. W moim domu też jest cała biblioteka. Moje dzieci bardzo dużo czytały, najpierw się im czytały, a potem już same, zarówno Maciek, jak i Marysia. Ona to już w ogóle jest typem naukowca, grzebacza i mola książkowego, także to się wynosi z domu. Im więcej rodzice przeczytają książek dzieciom na początku, a potem będą im podsuwać kolejne, tym lepiej.

Ja się cieszę, że nasza książka jest powiązana z internetem, bo liczę na to, że dzięki temu dzieci zainteresują się czytelnictwem. Może jak zobaczą, że jest coś do zrobienia, można połączyć się z aplikacją, to ich przekona do książek. Bardzo bym tego chciała.

Pani też jest babcią, czy rolą dziadków, gdy rodzice nie mają czasu, jest właśnie krzewić czytelnictwo?

Jestem trochę nietypową babcią i zawsze powtarzam Janeczce, bo Helenka jest jeszcze malutka i nie słucha babci, że jestem inną babcią, ale bardzo kochającą. A mianowicie babcią zapracowaną, więc nie mam czasu jej czytać, chyba że razem gdzieś wyjeżdżamy. Za to napisałam książkę, więc coś za coś . Mam nadzieję, że ta książka będzie zadośćuczynieniem dla Janki.

Marcin Kozioł i Katarzyna Dowbor, autorzy serii książek „Stajnia pod tęczą” (fot. mat. pras.)

Wiele Pani przeszła w życiu zawodowym, czy teraz jest Pani w końcu zadowolona i spełniona?

Mając prawie 60 lat, choć sama w to nie wierzę, jestem już bardzo spokojna i spełniona zawodowo. Tak naprawdę w tym zawodzie robiłam wszystko, bo i rzeczy ważne i mniej ważne, efektowne i mniej efektowne, ale za to cenne. Robiłam też filmy dokumentalne, prowadziłam różne programy. Jestem również ostatnią spikerką, bo po mnie już tego zawodu nikt nie uprawiał, bo został zlikwidowany.

Nie obraża się Pani na to określenie „spikerka”?

Nie, skądże. Myślę, że jestem więc naprawdę spełniona, ponieważ robiłam już wszystko. W tej chwili jeszcze dano mi szansę, za co jestem bardzo wdzięczna. I to pod koniec kariery, kiedy powinnam się już wyciszać i powoli szykować do emerytury, bo tak naprawdę mogę na nią za parę miesięcy przejść. Dostałam program, który jest w prime-time i jest niezwykle ważny w mojej karierze zawodowej, ponieważ jest programem po coś. Nie chciałabym już w tym wieku i z takim doświadczeniem robić programów po nic, czyli takich, w których prowadzący może się pokazać na antenie, zabłysnąć czy zwyczajnie zaistnieć. Nie interesuje mnie coś, co było kiedyś, ponieważ każdy przechodzi etap fascynacji własną osobą na ekranie.

Teraz robię program po to, żeby pomagać ludziom, żeby czyjeś życie się zmieniło, żeby spełniać marzenia. To ma sens i jest fantastyczne. Do tego wszystkiego jest on jednym z najchętniej oglądanych na głównej antenie w Polsacie i właściwie wygrywa wszystko.

Katarzyna Dowbor na planie programu „Nasz nowy dom” (fot. Facebook)

Zaskoczyło to Panią?

Tak, bo dużo się mówi o Polakach, że są tacy czy owacy, ale niesamowita jest zarówno ilość widzów, jak i dopingujących, pomagających nam. Przychodzą, kiedy coś remontujemy, co świadczy o tym, że nie jesteśmy złymi ludźmi, nie jesteśmy złym narodem. Potrafimy się w sytuacjach trudnych zmobilizować. Poza tym ludzie potrafią współczuć, przejmują się losem naszych bohaterów, co jest bardzo fajne. To największa satysfakcja dla dziennikarza, żeby móc robić program, który ma sens, w którym się pomaga ludziom i jeszcze mieć ogromną oglądalność. Czego można chcieć więcej pod koniec kariery? Ja jestem zachwycona.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *