Komedia kryminalna w stylu Agathy Christie. „Tajemnica Henriego Picka” już w kinach
27 grudnia, 2019
„Brzydkie kaczątko, które odniosło wielki sukces”. Film „Judy” już w kinach
3 stycznia, 2020

„Praca nie jest celem, tylko środkiem”. Marek Siudym na scenie, planie i w życiu

Marek Siudym w roli trenera kick-boxingu w filmu „Serce do walki” (fot. mat. pras.)

Ma na koncie wiele ról filmowych i telewizyjnych, a największą popularność przyniósł mu „Kabaret Olgi Lipińskiej” oraz serial „Złotopolscy”. Marek Siudym nieprzerwanie od 1990 roku związany jest z Teatrem Kwadrat, gdzie równolegle występuje w czterech spektaklach. W zeszłym roku zaczął też reżyserować, najpierw na scenie w Słupsku, a następnie w Jeleniej Górze. – To dla mnie nowe i piękne doświadczenie. Zorientowałem, że już na tyle dużo wiem, by stanąć po drugiej stronie rampy – tłumaczy aktor. Ostatnio zagrał też trenera kick-boxingu w filmie „Serce do walki”. – W pracy na planie ułatwieniem było to, że sam jestem trenerem, co prawda nie sportów walki, a jeździectwa – podkreśla Marek Siudym. Portalowi Kultura wokół Nas opowiedział skąd czerpie siłę do kolejnych projektów, co aktorstwo ma wspólnego ze sportem oraz czy lepiej się czuje w sztukach komediowych czy dramatycznych.

Czy Pan ma serce do walki?

Myślę, że całym swoim życiem udowadniam, że tak. Mam w sobie nieprawdopodobny optymizm i w związku z tym walka jako taka mnie omija. Czuję, że wszystko dzieje się tak, jakby „przeciwnicy” oddawali mi ją walkowerem, ale jestem na nią przygotowany zawsze.

Tym pytaniem nawiązuję wprost do tytułu filmu „Serce do walki”, w którym zagrał Pan trenera kick-boxingu. Co było najtrudniejszego w tej roli?

Kick-boxing nie jest mi obcy, ponieważ kibicowałem mu od dawna, już wtedy jak zaczynał Przemysław Saleta i był gwiazdą formatu światowego. W swoim życiu otarłem się też o normalny boks. Poza tym pochodzę z Łodzi, z Bałut, czyli dzielnicy takiej jak warszawska Praga i ta codzienna walka w bardzo wczesnej młodości była dla mnie chlebem powszednim.

Czy zatem udział w tym filmie to też spełnienie Pana prywatnego marzenia, by bliżej zetknąć się z tą dyscypliną sportu?

Zdecydowanie tak. W pracy na planie ułatwieniem było też to, że sam jestem trenerem, co prawda nie sportów walki, a jeździectwa. Wiem jednak o tym, że między zawodnikiem a jego trenerem wytwarza się szczególna relacja. To jest mentor, wychowawca, a często ktoś bliższy niż rodzic. Sam miałem w swojej trenerskiej karierze ludzi bardzo młodych, którymi zajmowałem się bardziej niż ich rodzina. Chodziłem na wywiadówki, załatwiałem wyjazdy na zawody.  Taka relacja to z jednej strony coś pięknego, ale i trudnego, bo bardzo odpowiedzialnego.

(fot. mat. pras.)

Czy w pracy nad filmem także udało się stworzyć taką relację?

Relacja z Łukaszem Wabnicem była o tyle fajna, że od razu rozmawialiśmy tym samym językiem. Mnie się dobrze z nim przebywało, a on widział we mnie człowieka, który jest w sporcie, obojętnie jaki by to nie był. Sprawa przygotowania, rzetelności, moralności zawodniczej to są wszystko tematy, które są nam bliskie. Nie było więc żadnej przepaści i nie trzeba było się czegoś uczyć. Obaj mieliśmy świadomość, że film to jest kreacja i gramy pewną rolę, którą buduje się z małych cegiełek. Ja przed nim nie udawałem trenera kick-boxingu, po prostu razem zagraliśmy postaci z filmu.

Do tego już wcześniej znałem się z Kacprem Anuszewskim, który napisał scenariusz, a następnie wyreżyserował film. Dzięki temu wiem, jaka jest jego poetyka, jak patrzy na świat oraz jak jego filmy wyglądają. Zresztą wziąłem już wcześniej udział w jednym. To są w gruncie rzeczy moralitety, bo bez tego czegoś ważniejszego, to nie ma sztuki. Nasz film różni się od innych tym, że są w nim walki prawdziwych zawodników i to takich z górnej półki, ale to nie aktorzy udają zawodników, a zawodnicy zostali aktorami.

Skoro to moralitet, to jakie jest najważniejsze przesłanie tego filmu?

Mówimy o wartościach ogólnych, czym jest dobro, czym jest zło, czy ludzie są naprawialni czy też nie. Ponadto, czy uczciwe podejście do świata, do życia, do sportu pomaga i się opłaca czy jednak nie. Jest też walka o sprawiedliwość, rozliczanie się z czegoś  oraz odpowiedzialność za swoich bliskich.

Jednym z poruszanych tematów jest niepełnosprawność, czyli coś teraz bardzo aktualnego w naszym społeczeństwie. Czy to odpowiedź na to, co się mówi i dzieje?

Tak, zwłaszcza że powód tej niepełnosprawności, to jakaś nieprawość ludzka, wydarzenie, które zmieniło losy człowieka, który miał przed sobą piękną perspektywą. Należy na ten problem spojrzeć znacznie głębiej, bo niesie on za sobą nieprawdopodobny stres dla człowieka niepełnosprawnego, który nie godzi się, jest bez przerwy zbuntowany i sfrustrowany swoją sytuacją. Ile trzeba mieć wyrozumiałości i cierpliwości, żeby mu pomóc. Czasami ludzie niepełnosprawni wręcz przeszkadzają w tym, żeby im pomóc, bo są w swoim nieszczęściu agresywni wobec innych ludzi. To wszystko kwestia żalu do losu.

(fot. mat. pras.)

Ten film to też debiut pełnometrażowy reżysera, Kacpra Anuszewskiego. Dało się to odczuć na planie?

Myślę, że to nie ma różnicy, bo jeżeli czytam scenariusz, a oprócz tego znam człowieka i widziałem jego produkcje, to nie jest debiutant. To dojrzały twórca, który zmierzył się z nieco inną, dłuższą formą i dał sobie świetnie radę. Z zasady tak samo podchodzę do wszystkich, którzy debiutują, przygotowują swoje studenckie etiudy. Robię to za darmo, bo ktoś od czegoś musi zacząć.

W tym przypadku artysta określił się już wcześniej i to w bardzo ładny sposób. Ponadto ważne były też warunki, w jakich pracowaliśmy i to, że postanowiliśmy to zrobić wbrew kłopotom. Odwrócili się sponsorzy, ale powiedzieliśmy sobie, że chcemy, żeby to powstało, może kiedyś na tym zarobimy.

Aktorstwo łączy Pan ze sportem, ale czy te dwie dziedziny mają ze sobą coś wspólnego?

Jak najbardziej! To przełamywanie własnych słabości, a przede wszystkim praca, bo talent zarówno w jednej, jak i drugiej dziedzinie, to tylko pewnego rodzaju predyspozycje. Żeby być zawodowcem, to trzeba włożyć w to dużo pracy, liczy się też technika. Człowiek bez przerwy się czegoś uczy. Ostatnio słuchałem wywiadu z panią Ireną Santor, która jest gwiazdą polskiej piosenki. Mówiła, że właściwie nie zasługuje na te wszystkie laury, a przecież świętuje 60 lat na estradzie. Dodała, że wolałaby, żeby ktoś o niej powiedział, że jest zawodowcem. Ja też bym tak chciał.

Z Martą Żmudą-Trzebiatowską w spektaklu „Wrócę przed północą” (fot. mat. pras./Teatr Kwadrat)

A propos zawodowstwa, to od 30 lat jest Pan związany z Teatrem Kwadrat, gdzie grany jest głównie repertuar komediowy. Czy to oznacza, że lepiej się Pan w nim czuje niż sztukach dramatycznych?

Ten teatr od zawsze był komediowy, a pierwszym teatrem, do jakiego wszedłem, był STS, który miał tę samą dyrekcję, co Teatr Rozmaitości. Była tam nieprawdopodobna grupa osobowości, dyrektor Andrzej Jarecki, kierownik literacki Wojciech Młynarski, z którym współpracował Jerzy Dobrowolski. Byli tacy aktorzy, jak Gustaw Lutkiewicz, Jerzy Turek, Wojciech Pokora, Kalina Jędrusik, Jerzy Duszyński czy Zdzisław Maklakiewicz. Od początku mówiono mi, że nie ma rozgraniczenia na komedię i dramat. Aktorstwo jest albo dobre, albo złe.

Kiedyś Olga Lipińska, która też z nami współpracowała, powiedziała że „aktor, który daje sobie radę w komedii, da sobie radę w dramacie. W drugą stronę nie zawsze”. Komedia wymaga nieprawdopodobnej dyscypliny i precyzji, wyczucia rytmu, pulsu sceny, a to jest przydatne wszędzie. Każdy z aktorów, których znam i świetnie dają sobie radę w komedii, gdyby nagle zostali zaproszeni do udziału w sztuce typu Szekspir albo „Dziady”, to nie byłoby to dla nich nic trudnego.

I jeszcze ten odbiór ze strony publiczności w przypadku komedii jest natychmiastowy.

Tak, tutaj jest rozliczenie od razu. Komedia to jest coś takiego, co wymaga gotowości na reakcje publiczności. Widz o wiele bardziej współpracuje z aktorem niż w innym gatunku.

(fot. mat. pras./Teatr Kwadrat)

Obecnie wielu aktorów musi podróżować za pracą, jeździ się także ze spektaklami do innych miast. A co Pana skłoniło, by zawędrować aż do Jeleniej Góry i to po, żeby reżyserować?

To dla mnie nowe i piękne doświadczenie. Kiedyś mnie to w ogóle nie interesowało, lubiłem być wykonawcą. W jakimś momencie się zorientowałem, że już na tyle dużo wiem, by stanąć po drugiej stronie rampy. Mam przecież pojęcie o kompozycji, a przede wszystkim o tym, jak wyrazić treść utworu, który trzeba zrobić. Tak się szczęśliwie stało, że najpierw dostałem propozycję z teatru w Słupsku, a rok temu z Jeleniej Góry. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że oni sobie mnie od początku nie wymarzyli, że ktoś tam nie chciał, albo nie mógł i mieli pewnie kilka osób do wyboru, ale padło na mnie.

I jakie sztuki Pan reżyseruje?

W zeszłym roku była to komedia Joe Ortona – „Co widział kamerdyner?”, taka bardzo ruchowa, w stylu angielskiej „physical comedy”. W tym roku z kolei Agatha Christie i „Pułapka na myszy” czyli piękna, angielska klasyka kryminału.

(fot. mat. pras./Teatr Kwadrat)

Skąd czerpie Pan na to wszystko siłę?

Myślę, że z podejścia do życia, że jeżeli cokolwiek robię, czy to jest praca, sport czy życie prywatne, miłość, to nie wolno być człowiekiem „letnim”, tylko trzeba to robić na 3000 procent. Tak jak w sporcie, że jeżeli nie doprowadza się organizmu do tętna 200, to nie ma progresu. Trzeba za każdym razem dochodzić do ściany, bo wtedy dopiero się regenerujemy. Nie należy też bez przerwy bać się o siebie, że coś zaboli. Mnie kompletnie nic nie jest, a swój organizm eksploatuję w sposób dosyć ostry. Najwyraźniej mi się odwdzięcza. (śmiech)

Czyli receptą jest pracoholizm?

Aktywność, a nie sama praca. Uważam, że pracujemy, żeby żyć, a nie żyjemy, żeby pracować. Praca nie jest moim celem, tylko środkiem. Lubię pięknie żyć, a to oznacza, że budzę się, patrzę w niebo, na drzewa i dziękuję, że w ogóle jestem. Następnie muszę zebrać trochę tej kosmicznej energii i ruszyć do działania. Wtedy życie ma sens. Moim zdaniem przewodnim jest: „żeby było pięknie”. To dotyczy wszystkiego i daje mi siłę, napęd, ale przede wszystkim pozwala organizmowi być tak samo sprawnym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *