Skandale i anegdoty zza kulis. Kazimierz Kutz ujawnił je w swojej autobiografii
13 grudnia, 2019
Geniusz wyobraźni i prekursor pop-artu. Wystawa Władysława Hasiora w Galerii Opera
19 grudnia, 2019

„Bycie aktorem na zawołanie jest trudne”. Anita Sokołowska na planie i scenie

Anita Sokołowska to aktorka teatralna i telewizyjna, a ostatnio także filmowa (fot. Polsat)

Od 20 lat występuje na teatralnych deskach w Lublinie, Łodzi czy Bydgoszczy. Spektakle przyniosły jej liczne nagrody, ale popularność seriale, głównie „Na dobre i na złe” oraz „Przyjaciółki”. Anita Sokołowska zawsze jednak marzyła o grze w filmie, co przez lata ją omijało. Teraz można ją oglądać w komedii „Jak poślubić milionera”, a za chwilę do kin trafią jeszcze obrazy „Ostra” oraz „Furioza”. – Wizualnie jestem określana jako spokojna, miła i w miarę ładna, dlatego w filmie albo serialu dostaję przyzwoite role. Wszystko, co wykracza poza energetykę normalnej postaci przyjmuję z radością – mówi aktorka. Portalowi Kultura wokół Nas opowiedziała o tym, dlaczego przyjęła rolę w spektaklu „Dobrze się kłamie”, czy nie nudzi jej już praca w serialu „Przyjaciółki” oraz jak zmienił się zawód aktora w Polsce przez ostatnie 20 lat.

W tym roku mija dwadzieścia lat Pani kariery artystycznej. Czy odczuwa Pani ten upływ czasu?

Nie bardzo. Te 20 lat „wypomniała” mi ostatnio moja mama, która zadzwoniła i mówi: „może byś sobie coś zorganizowała”. Kiedyś za starych, dobrych czasów jubileusze obchodziło się na scenie i organizowano z tej okazji specjalne spektakle. Muszę przyznać, że to było bardzo intensywne 20 lat w moim życiu. Jak patrzę choćby na ostatnie dziewięć lat, gdy jeździłam do Bydgoszczy do teatru, mieszkając w Warszawie, jednocześnie grając w serialach i jeszcze urodziłam dziecko. To wydaje się niemożliwe, że udało mi się tyle dokonać.

Jestem też ogólnie trochę zmęczona sytuacją aktorów w Polsce. Mam poczucie, że to, ile ktoś zagrał ról na scenie, ile dni spędził na planie serialu, nie za dużo znaczy. Idzie to w stronę jakiejś dzikiej komercji, popularności i wszyscy bardziej się na tym skupiają niż na realnych doświadczeniach w pracy.

To nie najlepsza ocena aktorskiej rzeczywistości.

Tak, ale ogólnie to cieszę się z miejsca i czasu, w którym aktualnie jestem. W pracy za każdym razem staram się dawać z siebie wszystko, żeby być uczciwą wobec siebie i widza, ale czasami zadaję sobie jednak pytanie: „ile jeszcze mogę produkować emocji, zarówno tych dobrych, jak i tych złych?” Kilka lat temu robiliśmy w Teatrze Powszechnym spektakl „Lalka”, który był grany może 20 razy. Wymyśliłam sobie, że moja postać doprowadza się do skrajnych emocji. Ich pobudzanie zostawia w nas aktorach jakiś ślad, stąd refleksja – „do czego to wszystko zmierza”? Artysta na Zachodzie zrobi film, potem odpoczywa dwa lata. Zrobi spektakl i gra go intensywnie przez dwa miesiące, a następnie może spokojnie przejść do następnego projektu. W Polsce ciągle wymaga się gotowości i bycia na zawołanie, a to jest trudne.

W sztuce „Wiśniowy sad” w reżyserii Pawła Łysaka (fot. mat. pras.)

Przez te 20 lat zawód aktora niesamowicie się zmienił.

Tak, bo kiedyś kult pracy na scenie teatralnej był bardzo duży. Mam wrażenie, że teraz więcej się gra po to, by zarobić pieniądze, żeby się utrzymać, a nie po to, by sensownie pracować. Nie chcę określać granic między tym, co jest dobre, a co złe, bo każdy ma swoją etykę i poczucie, czego chce od życia. Jak kończyliśmy z koleżankami i kolegami aktorami szkoły, to wpajano w nas, że ten zawód jest misją. Żywe były przesądy teatralne, jak choćby taki, że nie można było wchodzić w prywatnych butach na scenę. Długo tkwiłam w takim przeświadczeniu i nawet zdarzało mi się odmówić roli w serialu, bo miałam pracę w teatrze, np. Ofelii, którą dostałam od Kazimierza Dejmka. Nie zastanawiałam się, bo to było oczywiste, że muszę zrobić tę rolę w teatrze.

Przez te 20 lat to życie aktora strasznie się zapętliło. Teraz z racji tego, że biorę udział w komercyjnych przedsięwzięciach, próbuję się w tym wszystkim odnaleźć, ale mając już te 40-kilka lat wcale nie jest proste podążać za trendami. Staram się to jednak robić w sposób uczciwy i spójny ze sobą.

Wiele z Pani ról spotkało się z nagrodami, uznaniem krytyków oraz widzów. Czy miało to wpływ na Pani karierę?

Szczerze mówiąc to te nagrody nic mi nie dały. Były dopełnieniem ciekawego spotkania z widzem, z reżyserem. Myślę, że nagrody w teatrze cały czas nie za wiele znaczą, aczkolwiek dają pewność, że to co robimy i sposób w jaki to robimy jest dobry. Nigdy jednak nie czytałam recenzji szukając swojego nazwiska, ale po to, by sprawdzić, czy widz odczytał to, co było założone w scenariuszu. Może w filmie jest inaczej i otrzymanie nagrody coś zmienia, ale to mam nadzieję jeszcze przede mną.

Katarzyna Kwiatkowska, Anita Sokołowska i Szymon Bobrowski na scenie Teatru Studio Buffo (fot. Bartek Warzecha)

Za nami premiera spektaklu „Dobrze się kłamie” w Studio Buffo na podstawie filmowego hitu z Włoch. Jak zareagowała Pani na tę propozycję?

Gdy kilka lat temu oglądałam film „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”, już wtedy zauważyłam, że to bardzo dobry tekst, właściwie oscarowy. Dialog jest tak błyskotliwie napisany, że właściwie wystarczy go dobrze powiedzieć i to już będzie brzmiało. Jak dostałam propozycję zagrania w tym spektaklu, to przeczytanie scenariusza, który jest bardzo gęsty, zajęło mi zaledwie 30 minut, tak się wciągnęłam. Uznałam, że skoro znając film, ta historia znów mnie zaciekawiła, to dlaczego nie? Myślę, że taki tekst filmowy w teatrze może mieć zupełnie inną wartość. Jest to oczywiście spektakl komercyjny, ale zrobiony w bardzo dobrym guście z super aktorami w obsadzie.

Zawsze pojawia się ryzyko porównań, zwłaszcza że niedawno odbyła się premiera polskiej wersji – „Nieznajomych”. Staraliście się być maksymalnie oryginalni?

Polskiej wersji specjalnie nie widziałam po to, żeby się nie sugerować. Kasię Smutniak dosyć dobrze pamiętam z włoskiego filmu, zwłaszcza że jej postać, w którą wcielam się w spektaklu, jest dosyć jednoznacznie napisana. Z tego co wiem, to Olga Bołądź, która też występuje w „Dobrze się kłamie”, widziała chyba wszystkie wersje tego filmu, które były robione na całym świecie.

Nie, nie baliśmy się porównań, dlatego że mam poczucie, że to osobowość aktora i działanie na scenie nasyca tekst. Każdą rolę można zagrać przynajmniej na pięć sposobów, więc pytanie tylko, czego będzie oczekiwać reżyser i na co się umawiamy. W mojej postaci staram się też nie dać jednoznacznie określić. Jesteśmy po próbach, które trwały prawie półtora miesiąca, ale efekt końcowy ocenią już widzowie.

W spektaklu „Dobrze się kłamie” z Marcinem Perchuciem (fot. Bartek Warzecha)

A kto Pani partneruje w roli męża?

Jestem w parze z Marcinem Perchuciem. Dla mnie to też bardzo ciekawe spotkanie ze względu na to, że nigdy nie grałam w Warszawie. Nie znam tutejszych aktorów. Do tej pory tylko przyjeżdżałam ze spektaklami na festiwale, a to inny rodzaj poznania.

A czy w życiu zdarzyła się już Pani taka sytuacja, jak bohaterom sztuki?

Pyta mnie Pan, czy zaglądałam mojemu partnerowi do komórki? (śmiech) Nie, zwłaszcza że jak mówi moja postać: „telefon, to nasza czarna skrzynka, tam mamy wszystko”. Myślę, że każdy z nas ma w nim coś takiego: zdjęcia, spotkania, maile, wiadomości czy notatki, co nie jest złe, ale może zostać inaczej odczytane. Lepiej nie otwierać tej puszki Pandory.

Do kin trafił też film „Jak poślubić milionera”, w którym gra Pani postać taksówkarki. Jak się Pani odnalazła w tej roli?

Bardzo mi się fajnie grało i cieszę się na taką rolę. Wizualnie jestem określana jako taka spokojna, miła i w miarę ładna, dlatego w filmie albo serialu dostaję przyzwoite role. Wszystko, co wykracza poza energetykę normalnej postaci przyjmuję z radością. Mam totalnie spontaniczną naturę i uwielbiam się wygłupiać, a w rolach drugoplanowych jest to możliwe, bo nie ma odpowiedzialności za cały film. Tak było w przypadku postaci Marty z „Jak poślubić milionera”. Śmieszne było już samo to, że do jeżdżenia dostałam samochód, którego w życiu nie widziałam. Siedmioosobowy z hamulcem ręcznym po lewej stronie, gdy sama od dwóch lat mam automat. Na planie zdarzało się, że zapominałam go zaciągnąć. (śmiech)

(fot. Ola Grochowska)

Marta to najlepsza przyjaciółka głównej bohaterki, która ma dla niej wiele rad.

Jak to najlepsza przyjaciółka, ciągle jest koło niej, pomaga jej w najtrudniejszych chwilach, opiekuje się jej synem i właściwie popycha ku prawdziwej miłości. W najważniejszym momencie mówi jej: „a jak będziesz do końca życia żałowała, że nie spróbowałaś”. Do Marty na sam koniec też przychodzi miłość, kiedy się tego w ogóle nie spodziewa. Ma takiego stałego klienta, który non stop z nią jeździ, bo z tylnego siedzenia sprzedaje obrazy. To on się w niej zakochuje. Gdy moja bohaterka chce sprzedać swoją taksówkę, bo ma z przyjaciółką inny pomysł na biznes, to on przychodzi i mówi: „bez pani żadnego obrazu nie mogę sprzedać, ja muszę być z panią”. W taki pokrętny sposób, jak to bywa w angielskich komediach, czyli jak powiedzieć komuś, że się go kocha, nie mówiąc o tym.

Na planie filmu spotkała się Pani z Małgorzatą Sochą, z którą od siedmiu lat gracie w serialu „Przyjaciółki”. Jak wyglądała ta współpraca?

Miałam obawy przyjmując tę rolę, ale wydarzyła się bardzo fajna rzecz. Przez to, że tak dobrze się znamy i naprawdę lubimy, to weszłyśmy na plan i nie musiałyśmy robić żadnych ustaleń. Po prostu zagrałyśmy fajną, ciepłą relację. Np. scenę picia wina, połączoną ze wspomnieniami, zrobiłyśmy ot tak. To są takie rzeczy, na które można sobie pozwolić, jak się dobrze zna drugą osobę. Myślę, że nasze postaci w tym filmie są tak totalnie inne, że nie ma jakiegoś zgrzytu „Przyjaciółkowego”.

Siedem lat i aż piętnaście sezonów. Czy ten projekt jeszcze się Pani nie znudził?

Byłabym nieuczciwa mówiąc, że wspaniale jest grać jedną postać przez siedem czy osiem lat, bo to nieprawda. Mocno się jednak angażuję i próbuję ją grać na 100 procent moich możliwości. Przychodzi jednak taki moment znużenia samą postacią, bo to jest tak samo pisane. Każda z czterech „Przyjaciółek” jest odpowiedzialna za pewien rodzaj emocji. Serial kręcimy trzy do trzech i pół miesiąca, a w między czasie robi jeszcze inne rzeczy. W moim przypadku jest to film czy teatr, który daje mi taki oddech i przestrzeń, że nie jestem skupiona tylko na tym, że gram postać Zuzy.

(fot. Polsat)

W serialu „Na dobre i na złe” spędziła Pani jeszcze więcej czasu, bo aż 14 lat.

Z tym serialem było tak, że pomimo że grałam tam tak długo, to nie aż tak intensywnie. Każda postać ma swoje intensywne perypetie, a za chwilę jest ich już ciut mniej. To była fajna ekipa, bardzo dobrzy aktorzy. Ceniłam sobie pracę w „Na dobre i na złe”, bo w każdym odcinku pojawiał się nowy wątek, a wraz z nim nowi aktorzy, z którymi można było coś inaczej zagrać.

Przez te 20 lat nie miała Pani aż tak wielu ról filmowych, a teraz jest ich od razu kilka, np. w filmie „Ostra”, którego premiera już w marcu przyszłego roku.

Moja postać jest w nim odpowiedzialna za emocje. Mamy tam pokazany świat show-biznesu, do którego ja z moją filmową córką – Kasią Sawczuk i babcią, którą gra Maria Pakulnis, nie pasujemy. Jesteśmy z prowincji i właściwie przeciwne temu, żeby tytułowa „Ostra” robiła karierę. Choć film ma zabarwienie komediowe, to będą też dramatyczne sceny. Myślę, że może trafić do różnego odbiorcy, niezależnie od wieku i nie da się go tak łatwo sklasyfikować.

Kasia Sawczuk sama brała udział w tego typu programie, gdzie daleko zaszła, więc jest osobą na właściwym miejscu. Ponadto jest totalnie zdolna i przyznam się szczerze, że gdy patrzyłam, jak gra sceny, to byłam pełna podziwu. Tak profesjonalnej, młodej osoby jeszcze nie poznałam. Ani razu na planie nie „gwiazdorzyła”, dlatego bardzo czekam na ten film.

Z Kasią Sawczuk na planie filmu „Ostra” (fot. mat. pras.)

To taka dobra filmowa passa, bo jest jeszcze trzeci obraz z premierą już w styczniu.

Tak, jest jeszcze „Furioza”, ale tam mam małą rólkę, ale istotną, bo zmienia bieg wydarzeń w fabule filmu. Te trzy produkcje traktuję trochę jak nagrodę za lata pracy. W między czasie zmieniłam też agencję aktorską, więc jest to konsekwencja mojego działania. Zawsze marzyłam, żeby zacząć grać w filmie, ale jakoś to mnie dziwnie omijało. Nawet na castingi nie chodziłam.

Mam też takie poczucie, że mocno związałam się z tą komercyjną stroną show-biznesu, przez co mało ludzi wiedziało o moich spektaklach w Bydgoszczy, ważnych, zaangażowanych społecznie i politycznie sztukach, w których gram. Siłą rzeczy wszyscy skupiali się na serialach, a to nie pomaga, żeby wejść do fajnego filmu. Zobaczymy jednak, co przyszłość mi przyniesie.

1 Komentarz

  1. Avatar Czarek pisze:

    Interesujący wpis. Dobrze się czyta.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *