„To jest taki Russian Style!”. Największe państwo świata pod lupą reportera
Sierpień 10, 2018
Jego talent fascynuje pokolenia. Zbiór wierszy Baczyńskiego w jednym tomie
Sierpień 12, 2018

Pisarka i ikona stylu. Sylwia Zientek o traumie Wołynia i miłości do Warszawy

Sylwia Zientek to warszawianka i autorka popularnej sagi „Hotel Varsovie” (fot. Wojtek Biały)

Choć debiutowała zaledwie sześć lat temu, grono jej czytelników stale się powiększa. Duża w tym zasługa ostatnich powieści z cyklu „Hotel Varsovie”. Sylwia Zientek z wykształcenia prawnik, pasjonatka malarstwa i muzyki oraz matka trójki dzieci, zabiera w nim czytelników w podróż przez cztery wieki życia warszawskich hotelarzy. Warszawa, jak sama przyznaje to jej miejsce na ziemi, tym trudniej było ją zostawiać. Portalowi Kultura wokół Nas pisarka opowiedziała o rodzinnej traumie rzezi wołyńskiej, którą opisała w książce „Kolonia Marusia”, o tym jak została miejskim przewodnikiem oraz czym planuje zaskoczyć, mieszkając w Luksemburgu.

Jak ważne dla pisarza jest miejsce, w którym się znajduje, kiedy pisze?

Dla mnie jest bardzo ważne. Powiem szczerze, że mogę zazdrościć albo współczuć ludziom, którzy mogą pisać wszędzie i nie ma dla nich znaczenia, jaki widok mają za oknem czy co ich otacza, jak wychodzą z domu. Od zawsze funkcjonowałam w Warszawie, bo przeprowadziłam się tu jak miałam pięć lat. Po prostu nie znam innego miasta na takim poziomie szczegółowości. Oczywiście byłam w innych pięknych miejscach, nawet ładniejszych od Warszawy, ale pracowałam głównie tutaj. Tylko raz – książkę „Kolonia Marusia” udało mi się napisać we Włoszech z widokiem na Jezioro Como. To było bardzo przyjemne doświadczenie, chociaż pisałam o strasznych rzeczach, bo o rzezi wołyńskiej. Ten błogi widok jeziora tonował nastroje, co wcale nie było takie złe.

Skoro o niej wspomniałaś, to czy jesteś zaskoczona, że nadal cieszy się dużą popularnością wśród czytelników?

To jest dziwne, ponieważ książka ukazała się prawie dwa lata temu, a na pewno dokładnie w lipcu 2016 roku ją kończyłam. Oprócz tego zaskoczyło mnie wezwanie przez Instytut Pamięci Narodowej na świadka. Zeznawałam w ramach śledztwa dotyczącego zbrodni przeciwko narodowi polskiemu. Ta książka, jak się okazuje, znajduje nawet tak nieoczekiwanych czytelników. Myślę, że moja mama, która już nie żyje, bardzo by chciała złożyć takie zeznania, opowiedzieć swoją historię, tak by funkcjonowała w archiwach i była przedmiotem analizy historyków czy osób, które się tym śledztwem zajmują.

Sylwia Zientek przy swoim biurku w domu w Warszawie (fot. Wojtek Biały)

Co było jednak powodem wezwania akurat Ciebie?

Myślę, że te fakty, które opisałam w „Kolonii Marusi”, bo była to historia rodziny mojej mamy, która cudem uratowała się z rzezi wołyńskiej. Mam przypuszczenie graniczące z pewnością, że prokuratura dotarła do mojej książki, dowiedziała się, jak nazywała się moja mama – Halina Błońska, po mężu Znojek i dlatego zostałam wezwana na świadka. Wszystko to, co mogłam opisałam najbardziej wiarygodnie jak potrafiłam, opierając się głównie na opowieściach mamy.

„Kolonia Marusia” żyje i bardzo się z tego cieszę, że jest ciągle czytana i wzbudza silne emocje. To dla mnie ważne, bo dużo mnie kosztowała i jest najbardziej osobistą ze wszystkich moich książek, w której poszłam na całość. Stwierdziłam, że będę w stu procentach autentyczna i napiszę o mojej mamie bez żadnego modyfikowania prawdy, tylko tak, jak było i albo to się uda albo nie. Postawiłam wszystko na prawdę jak najbardziej obiektywną.

Książka „Kolonia Marusia” ukazała się w 2016 roku (fot. A. Cissowski)

Dużo emocji.

Tak, ponieważ moja relacja z mamą też nie była łatwa. Ona miała ciężkie życie głównie przez traumę wołyńską, która ją naznaczyła. Nie było przez to lekko ludziom z jej otoczenia, więc to się przekładało na kolejne pokolenia. Otwarte oozostaje pytanie, czy następne w tej rodzinie też będzie w jakiś sposób tym Wołyniem naznaczone. Mam nadzieję, że nie. Moja córka ma teraz 17 lat i na razie unika tematu wołyńskiego, ale zobaczymy co będzie dalej.

To też niesamowita rola, w jakiej może być obsadzony pisarz. Pomimo, że nie był naocznym świadkiem, może pomóc w wyjaśnianiu prawdy historycznej.

Wydaje mi się, że IPN dosyć szeroko prowadzi to śledztwo, przepytując rodziny osób, które bezpośrednio doświadczyły tych strasznych wydarzeń. Upłynęło już tyle czasu, że coraz mniej jest osób, które pamiętają to jako naoczni świadkowie. Stąd trzeba pytać kolejne pokolenia i starać się, jak najwięcej z tych opowieści zachować. Wiem też, że dla ludzi, którzy przeżyli Wołyń jest niezmiernie ważne, żebyśmy wiedzieli, jakie straszliwy rzeczy miały tam miejsce.

Po wydaniu „Kolonii Marusi” dostałam kilka telefonów i listów od kobiet, które były bardzo poruszone tą książką. Mówiły, że nie chodzi im o żadną sprawiedliwość, wyrównywanie rachunków, o elementy, które mogłyby być załatwione na szczeblu państwowym, ale o zwykłą pamięć.

(fot. Wojtek Biały)

Pamięć i prawdę.

Tak, bo coraz więcej osób szuka tej prawdy. Chciałabym w tym miejscu wspomnieć o wspaniałym projekcie Magdaleny i Maksymiliana Rigamontich, który nazwali „Echo”. Jest bardzo przejmujący, ponieważ efektem są czarno-białe fotografie w miejscach, których de facto już nie ma. Tam, gdzie znajdowały się polskie osady, takie jak Kolonia Marusia. Teoretycznie dzisiaj nie ma po nich śladu, bo na Wołyniu widzimy pola, puste przestrzenie, ale okazuje się, że w obiektywie Maksymiliana ta pustka nabiera przejmującej wymowy. Ona krzyczy, a patrząc na te zdjęcia i czytając komentarze Magdy, dotykamy czegoś bardzo ważnego. Zaczynamy rozumieć i przeszywa nas dreszcz, bo groza tamtych wydarzeń bije z tych zdjęć.

Właściwie, gdyby nie Magda, to „Kolonii Marusi” bym nie napisała, bo dużo rozmawiałyśmy o Wołyniu. Ona była pełna wrażeń, które wywołały składane tam wizyty. Sama też zdecydowałam się pojechać na Wołyń. Byłam tam dwa lata temu i szukałam śladów Kolonii Marusi.

Pierwszy i drugi tom sagi „Hotel Varsovie” – „Klątwa lutnisty” i „Bunt chimery” (fot. A. Cissowski)

Po tej książce nastała epoka „Hotelu Varsovie”.

Tak, przy tych książkach bardzo zanurzyłam się w Warszawę, wręcz na granicy obłędu. Jestem tak zaangażowana w pisanie najnowszej książki, że całe swoje życie wykorzystuję pod kątem tego, co mogę w powieści umieścić. Żyję w tym mieście, ciągle je przemierzam, gdzieś się kręcę i nie ma właściwie dnia, żebym nie trafiła na jakąś ulicę, która objawia mi coś ciekawego czy jakiś detal, który przykuwa moją uwagę.

Co na przykład?

Gdy ostatnio przechodziłam koło Ogrodu Krasińskich, Pałac znowu natchnął mnie jakimś wątkiem, mimo że widziałam go już tyle razy, a po samym Ogrodzie chodziłam wielokrotnie. Każdy spacer po mieście jest źródłem inspiracji. Oczywiście czytam też wszystkie tablice na budynkach. Patrzę na nie inaczej, pod kątem tego, co kryje się za daną budowlą i jak mogłabym to fabularnie wykorzystać. Jest to trochę spaczone patrzenie na miasto, bardzo utylitarne, bo właściwie czerpię ze wszystkiego tę tkankę powieściową. W tych bardzo dokładnych obserwacjach patrzę też na ludzi, jak się zachowują. Wyobrażam sobie ich w strojach z epoki. Moja wyobraźnia jest mocno rozkręcona, pobudzona i nastawiona wyłącznie na Warszawę.

Autorka z drugą częścią cyklu „Hotel Varsovie” – „Bunt chimery” (fot. A. Cissowski)

A teraz jeszcze taka zmiana życiowa, czyli wyprowadzka z Warszawy.

Ogromna i nie będę owijać w bawełnę, ponieważ podążam za mężem, który od września pracuje w Luksemburgu. Rodzina ma swoje priorytety, powinna być razem, stąd nasza przeprowadzka. To wielka zmiana życiowa, ponieważ całą rodziną przenosimy się do Luksemburga, do mieszkania, które meblowałam rzeczami z Internetu, nigdy nie widząc tego miejsca, więc było to mało komfortowe.

Duży stres też dlatego, ponieważ zawodowo jestem związana z Warszawą od zawsze. Dla mnie początkowo wizja oderwania się od tego miasta to był jakiś armagedon, jawiło mi się to jako niemalże kataklizm życiowy. Miałam kilka miesięcy, żeby to wszystko przepracować i podeszłam do sprawy zadaniowo. Myślę o przyszłości, nowych projektach, o tym, co będę pisała już tam. Pewnie przez kilka miesięcy będę musiała przejść jakiś odwyk, ale przypuszczam, że i tak tęsknota będzie ogromna.

Sylwia Zientek zadebiutowała jako przewodnik po Warszawie (fot. Facebook)

Zdążyłaś jeszcze zadebiutowałaś w roli przewodnika po Warszawie. Jak to wspominasz?

Spacer okazał się bardzo ciekawym doświadczeniem. Zaproponowano mi odbycie go śladami bohaterów i wydarzeń „Hotelu Varsovie”. Sama opracowałam tę trasę i po raz pierwszy wystąpiłam w roli przewodnika. W zeszłym roku miałam okazję odbyć podobny spacer z panem Jerzym Majewskim w ramach Big Book Festivalu, ale wówczas pokazywaliśmy stare hotele przedwojennej Warszawy, takie jak nieistniejący już Hotel Angielski na Wierzbowej, gdzie zatrzymał się Napoleon. To był taki przedsmak, ale tym razem rzeczywiście debiutowałam. Było bardzo fajnie, ponieważ cała grupa była zaciekawiona i dotrwała do końca.

Udało ci się przenieść bohaterów swoich książek do współczesności?

Trochę tak, zupełnie jakby zostali ożywieni, a z drugiej strony odbyli swoistą podróż w czasie. Jak o nich mówiłam, to wydawali mi się bardzo realni. Opowiedziałam też wiele ciekawostek o Warszawie, m.in. o Gnojnej Górze, czyli jak to było ze słynnymi nieczystościami, które płynęły rynsztokami w stolicy. Było też o postaciach historycznych, które występują w książce. Byliśmy pod Pałacem pod Blachą, gdzie rezydował książę Józef Poniatowski i jego znienawidzona przez warszawian kochanka – pani de Vauban. Wydał się on tak realny, że zdawało mi się, że zaraz przez okienko wyjrzy jego ordynans i się okaże, że książę jest w środku. Sama mam marzenia dotyczące podróży w czasie. Zawsze mnie to fascynowało, od kiedy jako dziecko przeczytałam „Godzinę pąsowej róży”. Była też taka książka bardziej adresowana do dziewczynek „Małgosia kontra Małgosia”, gdzie bohaterka przenosiła się do XVII-wiecznej Warszawy.

(fot. Wojtek Biały)

Ty masz swój ulubiony okres w historii, o którym piszesz?

Muszę powiedzieć, że każda epoka ma tak wiele do zaoferowania, że skaczę między nimi, ale ostatnio dosyć dużo mentalnie przebywałam w wieku XVIII. Wydał mi się niezmiernie fascynujący. Zupełnie jakaś ambiwalencja, bo z jednej strony wiara w rozum, a z drugiej zupełnie nieokiełznane zanurzenie się w doczesnych przyjemnościach życia. Dla nas jest to trochę trudne do zrozumienia, ale to bardzo barwne i fascynujące czasy. Następnie opisywałam fragment dotyczący momentu odzyskania niepodległości, czyli listopad i grudzień 1918 roku, a zaraz potem wybory już w wolnej Polsce, w których po raz pierwszy brały udział kobiety, czyli 26 stycznia 1919. Ważna data, więc moje bohaterki ruszą do urn wyborczych.

To dość mało znana data w historii.

Tak i nawet specjalnie sięgnęłam do dzienników Marii Dąbrowskiej, które mam w rozszerzonej wersji, która nie ukazała się jeszcze drukiem. Sprawdziłam co zapisała pod datą – 26 stycznia. Zanotowała fakt, że poszła głosować i oddała głos na listę piętnastą, ale potem poszła na wystawę do Zachęty. Czułam niedosyt, że nie ma w tym wielkiego entuzjazmu. Być może nie miała czasu i zanotowała tylko sam fakt głosowania. Ja jednak zafunduję moim bohaterkom więcej emocji w związku z tymi wyborami, bo to był niesamowity moment dla Polski. Kiedy zresztą czytam pamiętniki z tamtych czasów to czuć nie tyle podniecenie tym, że kraj odzyskuje niepodległość, ale wręcz niewiarę, że taki cud się zdarzył. Po tylu latach ludzi spotkało tak niesamowite szczęście, że doświadczają czegoś zupełnie niezwykłego. Taka euforia przewija się w tych pamiętnikach.

Dobrze by było, gdybyśmy mogli i my w tym roku, świętując stulecie odzyskania niepodległości przeżyć chociaż odrobinę tej podniosłości i wzruszeń. Może tak będzie w listopadzie, choć nie wiem czy będę świadkiem, ale na pewno będę bacznie śledziła te wydarzenia.

(fot. Facebook)

Dwa opasłe tomy „Hotelu Varsovie” rozbudziły jednak apetyt czytelników. Czy ten trzeci spełni ich oczekiwania?

Trochę się tego boję. Rzeczywiście w ostatnim tomie sagi czytelnicy liczą, że wszystkie wątki w spektakularny sposób się zakończą. Nawet dostaję pytania drogą mailową, czy konkretny wątek będzie na pewno zakończony i czy dana postać jeszcze się pojawi. Jeden bloger mi powiedział wprost, że nie wierzy, żebym to wszystko spięła i będę musiała napisać czwarty tom. Nie odcinam się od takiej myśli i nie „wykończę” połowę postaci tak, aby zamknąć sobie możliwość kontynuacji. Pierwotnie „Hotel Varsovie” był zaplanowany na cykl trzytomowy i w pewnym momencie pojawiła się sugestia ze strony wydawcy, czy tych części nie mogłoby być więcej, ale mój wyjazd właściwie zadecydował za mnie. Nie wyobrażam sobie pisania o Warszawie, nie będąc tutaj.

Cały czas eksploruję to miasto i mam też możliwość weryfikacji wszelkich kwestii na miejscu. Ostatnio, gdy pisałam, że bohaterka mieszka na ulicy Śniadeckich, to nie bardzo pamiętałam, jak bardzo oddalona jest od niej inna ulica. W takiej sytuacji wsiadam w autobus i w ciągu 20 minut jestem w tym miejscu i wszystko sprawdzam. Mogę sobie wyliczyć, ile trzeba iść, żeby trafić do budynku Politechniki Warszawskiej. To wielki luksus. Poza tym, tu są biblioteki, miejsca, w których pozyskuję wiedzę. Nie wszystko da się kupić, chociaż i tak zgromadziłam naprawdę bogaty zbiór varsavianistyczny. Nie jest wcale tak łatwo ze źródłami, a książki są bardzo cenne.

Styczeń, luty to ten moment, kiedy książka ujrzy światło dzienne?

Tak się wydawca przymierza, mówiono mi o takich terminach. Trzeci tom będzie zatytułowany „Królewski szpieg”. Mam nadzieję, że już niedługo czytelnicy będą mogli się nim nacieszyć.

Sylwia Zientek na spotkaniu z czytelnikami na warszawskiej Woli (fot. Facebook)

Czy możemy się spodziewać, że nowe miejsce zamieszkania, czyli Luksemburg natchnie Cię do napisania czegoś osadzonego w tamtych realiach?

Na razie nie wiem, bo tam też jest historia absolutnie fascynująca. To miasto-państwo przechodziło z rąk do rąk, więc jego losy były bardzo burzliwe. W średniowieczu było metropolią, co pobudza moją wyobraźnię pisarską, ale żeby pisać o jakimś mieście, to trzeba dłużej w nim pobyć i poczuć jego klimat. Na ten moment myślałam bardziej o Paryżu, który jest oddalony raptem dwie godziny pociągiem od Luksemburga. Na razie niewiele mogę zdradzić, ale być może napiszę książkę o polskich artystkach, które wyjechały w I połowie XX wieku i swoją karierę oraz życie artystyczne spędziły w stolicy Francji. Bardzo bym chciała wydobyć je z mroków zapomnienia, bo mieliśmy naprawdę wspaniałe kobiety, o których nic nie wiemy. Nawet nie ma na ich temat hasła w Wikipedii.

W końcu z kręgu École de Paris było wiele malarek, ale nie tylko, bo były też projektantki strojów, wnętrz czy materiałów. Naprawdę bardzo ciekawe postaci, a w tle przewijali się słynni mężczyźni, więc zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Sylwia Zientek z Adamem Cissowskim (fot. A. Cissowski)

Ty też w jakimś sensie kształtujesz swój wizerunek i styl. Jak ważne jest to dla Ciebie jako kobiety i pisarki?

Dla mnie to zaskakujące i w zasadzie zabawne, bo na pewno nie mam wizerunku modelki, ale lubię ładne ubrania, kolory i sukienki. Tak było od dawna i tak samo ubierałam się już jak pracowałam zawodowo jako prawnik. Wtedy wzbudzało to trochę mieszane uczucia, nawet niektórzy mi dogadywali, że przychodzę do poważnej pracy w kolorowych sukienkach. Oczywiście nie mogłam poszaleć jak teraz, bo dzisiaj mi wszystko wolno. Mogę nosić niesamowite wzory, kolory i to, co mi się podoba. Fascynuję się też modą, a wizerunek wyszedł zupełnie naturalnie i bez żadnego zamierzenia.

Mój pociąg do estetyki wizualnej zaowocował tym, że przeniosłam go na ubrania. Uwielbiam malarstwo i gdybym mogła, to bym się ubierała w szaty inspirowane obrazami, ale takie jest akurat ciężko kupić. Wiele kobiet, z którymi kontaktuję się przez Facebooka czy Instagram, wysyła mi sygnały, że podobają im się te sukienki, że jest to w miarę spójnie, czyli jest to jakiś styl, który kogoś inspiruje. Bardzo mnie to cieszy i nadal będę szukała równie ciekawych, szalonych wzorów i materiałów. Miło, że to ktoś zauważa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *