Dla wszystkich, którym bliska jest sztuka. Czas na 22. edycję Warszawskich Targów Sztuki
6 listopada, 2025
Wspomnienia szczere aż do bólu. Anthony Hopkins w książce „Daliśmy radę, chłopaku”
15 listopada, 2025

Wspólne brzmienie mocniejsze niż ideologiczne podziały. „Pospieszalscy. Rodzina”

To wielowątkowa opowieść o jednej z najbardziej niezwykłych rodzin polskiej sceny muzycznej. Zaczynali w ciasnym pokoju przy kościele Świętej Barbary, gdzie metronomem była dzwonnica, a pierwszą gitarę ojciec… roztrzaskał na głowie syna. Dziś łączą trzy pokolenia artystów: jazzmanów, klasyków, aranżerów, wokalistki, ateistów i katolików. Ludzi, którzy mimo różnic wciąż potrafią usiąść razem do kolęd. Marcel Woźniak, autor książki „Pospieszalscy. Rodzina” prowadzi czytelników przez kolejne dekady historii rodziny: od bigbitowych fascynacji lat 60., przez Czerwone Gitary i Voo Voo, po hymn WOŚP i współczesne sceny jazzowe, teatralne czy improwizowane. Przygląda się też trudnym tematom – emigracji, chorobie, duchowym rozłamom, konfliktom światopoglądowym – i pyta, co sprawia, że ta rodzina mimo wszystko nadal gra razem. Po koncercie rozjadą się do domów, usiądą do swoich stołów. Ale długo nie wytrzymają osobno. Za chwilę ktoś znów zapuka do drzwi brata, kuzyna, siostry, w świąteczny wieczór. Znów będą rozmowy i wspólne muzykowanie. Przy stole, przy fortepianie, w kuchni – byle nie osobno. Bo rodzina jest najważniejsza”. To książka o muzyce, ale także o miłości, przetrwaniu, pamięci i szukaniu wspólnego tonu. Opowieść o tym, jak można się różnić i wciąż być razem – i jak wspólne brzmienie potrafi być mocniejsze niż ideologiczne podziały.

Marcin pod koniec lat osiemdziesiątych krystalizuje swoją drogę muzyczną, idąc nią odtąd dwutorowo: grając i komponując. W obu przypadkach dużą rolę odegrają Michałowie: Lorenc i Urbaniak. W 1989 roku na jam session w Częstochowie pojawia się ten drugi, właśnie przyjechał ze Stanów. W jednym z wywiadów Michał Urbaniak wspomina, że słyszał Marcina też na jakimś jamie w warszawskim Remoncie, „solidnie grającego funk i jazz”. – Strasznie lubiłem groove, czarną muzykę – wspomina Marcin. – Nikt nie grał jak Marcus Miller. Wtedy myślałem już o groovie po połączeniu z singującym groove’em jazzowym, jak na Fat Time Milesa Daviesa, i Michał zrozumiał, że ja mam to „przetrawione”. Z miejsca pojechaliśmy w trasę i się zaprzyjaźniliśmy. To dlatego Urbaniak pojawia się na kolędowaniu z Pospieszalskimi. W 1995 roku tworzą projekt orkiestrowy. Dzięki Michałowi Marcin gra z Lennym White’em, perkusistą Milesa Davisa. Skład Urbaniak, White, Marcin, Wojtek Karolak. – Trzy legendy i chłopak z Częstochowy! – mówi z dumą. – Spotkanie z mistrzami. Żałuję, że nie weszliśmy do studia i nie nagraliśmy płyty. Niesamowite doświadczenie. Wtedy powstaje także pierwszy w historii polskiej muzyki koncert muzyki symfonicznej i hip-hopowej – UrbSymphony. Pierwszy występ jest w Filharmonii Częstochowskiej. Gra też Leszek Możdżer i Michał Dąbrówka. Użyty zostaje macintosh Apple’a, a na scenie pojawia się Andy Ninvalle – pierwszy raper z Gujany oraz pionier tamtejszego beatboxu. Występ powtarzają w Filharmonii Narodowej. Andy zeskakuje ze sceny, zaczyna tańczyć z widownią, zachęcać do śpiewu. Wiele z numerów to aranżacje Marcina, który na scenie gra na basówce. Sala pieje z zachwytu. Są oberki i groove, mazurki i smooth jazz, hip-hop i klasyka. – Dzięki Michałowi grałem z genialnymi muzykami – podkreśla Marcin. – Michał to jest historia muzyki.

Rok 1994. Marcin zapisuje ołówkiem na papierze kilkadziesiąt tysięcy dźwięków, które nagrywa potem Moskiewska Orkiestra Filmowa. Wykonania trafi ają na krążek Orchestral Colours – pierwszą w pełni samplową płytę na świecie, robioną z Peterem Siedlaczkiem. Te sample trafi ą w przyszłości 278 278 do tysięcy fi lmów, programów i kreskówek, między innymi do Miasteczka South Park. Przy okazji nagrań z Rosjanami Marcin rozmawia z dyrygentem z Moskwy, który współpracował z Electric Light Orchestra. – Wiesz… dla nas oknem na świat był polski „Przekrój”. Polacy to największa nieodwzajemniona miłość Rosjan. Jasiu Budziaszek, perkusista Skaldów, opowie Marcinowi, że grając w ZSRR, zawsze lądowali u Włodzimierza Wysockiego, naprzeciwko zniszczonej katedry moskiewskiej. Bo Polska inteligencja też była dla rosyjskiej oknem na świat. Marcin produkuje dla Kory płytę Ja pana w podróż zabiorę. Wszystko robi sam na keyboardzie, pojedyncze dźwięki dogrywa Mateo. Wykonują piosenki Wasowskiego i Przybory. – Nie miałem wielkiego doświadczenia. Kora była świetną wokalistką ekspresyjną, ze wspaniałą dykcją. A ta płyta to świetna ciekawostka. Potem kończy produkcję płyty Spoza nas dla Mietka Szcześniaka. Z wokalistą robił zresztą szereg projektów. Same Listowe piosenki 2 z formacją Deus Meus to blisko czterdzieści tysięcy sprzedanych kaset. Przyjeżdża z materiałem na Spoza nas do producenta. Zamiast siedzieć na sali, idzie do kabiny reżyserskiej, patrzy, a tam potencjometr dźwięku ustawiony na stałym poziomie. Bez wahania podkręca gałkę na maksa, żeby wszystkie rejestry było wyraźnie słychać. Wie, gdzie płyta jest lepsza, a gdzie wymaga dopracowania. Gdy muzyka zaczyna płynąć z głośników na sali, producent aż podskakuje, krzycząc: „Ale czaderski numer!”. – Jaki z tego płynie morał? – pyta Marcin. – Pamiętaj: odpowiedni poziom głośności jest bardzo ważny! Są też jednak spotkania, podczas których ten cały zgiełk staje się nieważny. Jak wtedy, gdy jest kierownikiem muzycznym podczas koncertu Czesława Niemena, czy kiedy przegaduje z nim godziny na temat muzyki, pracując nad wspólną z Natalią Niemen płytą zespołu New Life’m Dla Ciebie i dla mnie.

Muzyka – M. Pospieszalski

W 1994 roku Mateusz dostaje nagrodę na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni za muzykę filmową do Gorącego czwartku. Odbierając statuetkę, mówi, że „nie będzie wymieniał wszystkich, którym dziękuje, bo… ma strasznie dużą rodzinę”. Marcin dostaje nagrodę dwa lata później – za Słodko-gorzkiego. M. Pospieszalski oraz M. Pospieszalski. Mateusz się śmieje, mówi, że „sam bym się pieprznął, kto jest kto!”. Bo on z kolei robił też soundtracki, między innymi do filmów Balanga, Farba, Co słonko widziało czy Mój biegun, za który ma nominację do Złotych Orłów. – Muzykę do tego filmu – wspomina – oparłem, poza muzyką ilustracyjną, na materiale piosenkowym. Tym moje produkcje różnią się od tych Marcina. On miał zawsze dużą orkiestrę symfoniczną, klasycyzującą. Ja szedłem w stronę piosenek, rocka, począwszy od „Farby” czy „Co słonko widziało” Michała Rosy. Niektóre fragmenty filmu po montażu wyglądają jak  teledyski. „Farba” to były rock’n’rollowe gitary między innymi z Darkiem „Popcornem” Popowiczem. Był też Sezon na leszcza, w którym Bogusław Linda marzył o muzyce w stylu Toma Waitsa, Loret, dokumenty, animacje między innymi w reżyserii Krzysztofa Kokoryna.

Mateo przekonuje, że po prostu ma szczęście trafiać na reżyserów dających mu wolną rękę, z którymi zawsze robi „burzę mózgów” i żywo dyskutują nad kształtem muzyki. – U mnie muzyka jest bardziej teledyskowa, agresywnie podkreślająca narrację, co uważam za swój atut. W Gorącym czwartku są tematy muzyczne, które wdzięcznie nam się grało na rodzinnych koncertach. Żałuję, że nie wydałem płyty z muzyką do filmu o Agacie Mróz [chodzi o produkcję „Nad życie”, w której główną rolę zagrała Olga Bołądź – przyp. M.W.]. Kiedy Jarek Kiljan zaprasza go do pracy nad spektaklem teatralnym „Opowieść zimowa”, muzykę oprze na baśniowych, folkowo-klasycyzujących tematach. – W większości zrobiłem ją sam, nagrywając osiemdziesiąt procent ścieżek. Postanowiłem wykorzystać wszystkie instrumenty wiszące u mnie na ścianie, włącznie z mandoliną, na której nie umiem grać! – śmieje się Mateo. – W efekcie instrumenty brzmiały fantastycznie, jak ze świata Szekspira. Chóry, dwugłosowe polifonie jak z Azerbejdżanu, modulowanie głosu. Obok muzyki filmowej i teatralnej Pospieszalscy zajmują się też innymi produkcjami – pierwsze koncerty papieskie w Polsce, w Teatrze Wielkim, od drugiej edycji telewizyjne, a także spektakle i widowiska w reżyserii Jurka Bielunasa. Z Marcinem często dzielą się repertuarem, robią aranżacje, a Janek opracowuje koncepcyjnie te wydarzenia.

Tor trzeci

Dzień po poznaniu Janka ten przysyła mi wiadomość: „Oglądaj Marcina dzisiaj! Na żywo, Koncert Jednego Ducha Jednego Serca”. Rzeszowskie wydarzenie nazywane jest chrześcijańskim Woodstockiem. Marcin co roku pisze tam aranże i występuje na scenie z basówką. Punktem wyjścia do Koncertu Jednego Serca Jednego Ducha była popularyzacja muzyki chrześcijańskiej, ale na najwyższym poziomie. Muzyka chrześcijańska to trzeci tor w jego artystycznej drodze. Kiedy się spotykamy latem 2024 roku, siedzi w bluzie zespołu Luxtorpeda. – Tak wyglądają moje muzyczne poszukiwania. Z jednej strony jest Woodstock, na którym grałem, komercyjne produkcje. A z drugiej… salka katechetyczna dla dzieci! – śmieje się. – To jest rodzaj wiary bardziej odporny na wieści o zgorszeniach, skandalach, antyświadectwie, z tego powodu, że posiada głębszy korzeń, posiada doświadczenie tego, że Bóg „działa” poprzez wydarzenia naszego życia. To jest też powód, dla którego, choć miałem sukcesy w świecie muzyki, poświęciłem swoją zawodową działalność ewangelicznemu przekazowi. Chyba trochę podobnie jak mój tata, który walczył o poziom i jakość sztuk plastycznych i architektury w kościele, ja robię to na polu muzycznym…

W ramach „trzeciego toru” weźmie również udział, z Michałem Lorencem, w projekcie Decalogue. W składzie muzycznym pojawią się Luxtor Marcin podczas koncertu Jednego Serca Jednego Ducha w 2020 roku Józef Skrzek, Adeb Chamoun z Syrii, Levi Sakala z Zambii oraz… Paddy Kelly, muzyk ze słynnej w latach dziewięćdziesiątych grupy The Kelly Family. Muzykujące rodziny będą tematem ich wielu rozmów. Bujając się wspólnie z Paddym Kellym po Światowych Dniach Młodzieży, będą próbowali się doliczyć, ilu właściwie jest muzyków i ile instrumentów w obu rodzinach. Bezskutecznie!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *