Wspomnienia szczere aż do bólu. Anthony Hopkins w książce „Daliśmy radę, chłopaku”
15 listopada, 2025
Wciąga i nie pozwala o sobie zapomnieć. Emocjonujący thriller „Bez przebaczenia”
21 listopada, 2025

Nowy portret papieża pop-artu. Biografia „Andy Warhol. Srebrny lis”

Syn słowackich imigrantów z robotniczego Pittsburgha, który stał się jednym z najważniejszych artystów XX wieku. Mowa o Andy Warholu, neurotyku, który od dzieciństwa zmagał się z poważną chorobą. Mimo wszystko potrafił przeobrazić się w człowieka przenikliwego, sprytnego i rozumiejącą swoją epokę lepiej niż inni. W „srebrnego lisa”, jak nazwała go aktorka Paulette Goddard. Jak to się stało dowiadujemy się z nowej biografii artysty. Powstała dzięki wnikliwym badaniom, które przez ponad trzy dekady prowadził Jean-Noël Liaut. Ten ceniony biograf i eseista starał się odpowiedzieć na większość pytań dotyczących swojego bohatera. W książce „Andy Warhol. Srebrny lis” autor oddaje głos tym, którzy naprawdę znali Warhola: przyjaciołom, współpracownikom i ważnym postaciom ze świata sztuki. Dzięki ich niepublikowanym dotąd świadectwom powstał wnikliwy portret daleki od uproszczeń i schematów. Mierząc się z mitem Warhola, autor tworzy intymną i pełną dramaturgii opowieść o człowieku pełnym sprzeczności: kruchym i przebiegłym, charyzmatycznym, a jednocześnie bardzo samotnym, raz wzruszającym, a kiedy indziej po prostu irytującym. Oferuje czytelnikom intymne i poruszające spojrzenie na genialnego artystę, które zaskakuje i skłania do refleksji. Patronem medialnym książki, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Arkady – jest Kultura wokół Nas.

Autor biografii osobiście spotkał swojego bohatera w paryskim Centre Pompidou – i to zaledwie na miesiąc przed jego śmiercią. O tym niezwykłym zdarzeniu pisze on w Przemowie do swojej książki, z której napisaniem wstrzymywał się aż 25 lat, by jak sam mówi „nabrać dystansu, niezbędnego, by spojrzeć w sposób wyważony i uczciwy na tego giganta sztuki XX  wieku”. „Byłem tak zafascynowany jego obecnością, że nie mogłem oderwać od niego wzroku. W tej swojej platynowej peruce z akrylu nieco na bakier i z bladą twarzą, która przywodziła mi na myśl pół-przezroczyste zwierzęta żyjące bez dostępu do światła dziennego, zdawał się przynależeć do jakiejś całkiem innej czasoprzestrzeni. Co wykazałby swoisty przekrój jego umysłu, gdyby coś takiego przeprowadzić – zastanawiałem się wtedy. Ów światowej sławy artysta wydawał się łagodny, skromny, pełen uwagi dla otaczających go ludzi, nieprzystający do swojej skandalicznej reputacji. Ale za tą jego powściągliwą postawą wyczuwałem również ironiczne poczucie humoru, przy zachowaniu kamiennej twarzy. Ten pięćdziesięciokilkuletni hermafrodyta mówił głosem złośliwej staruszki. Dość powiedzieć, że sprawiał wrażenie enigmy, niczym człowiek w żelaznej masce. Wydawał się kimś nie z tej ziemi. Ale kto tak naprawdę ukrywał się pod całym tym warholowskim pancerzem?” – czytamy w książce. 

Ta chwila na dobre zmieniła życie Jeana-Noëla Liauta. Nie tylko zaczął interesować się jego osobą, ale poświęcił mu pracę magisterską, którą kilku wydawców już w połowie lat 90. widziało w formie eseju lub biografii. Brakowało mu w niej „mięsa” i duszy, czyli rozmów z ludźmi bliskimi Warholowi. I to udało mu się zgromadzić przez kolejne ćwierć wieku. „Przeprowadziłem między innymi wywiad z undergroundową aktorką i artystką wizualną Ultra Violet. Ta niesamowita postać – przy okazji też gaduła – pomogła mi rozgryźć warholowski ekosystem, którego była jednym z kluczowych elementów. Pozostanie nierozerwalnie związana z nazwiskiem Warhola, z  pociągającym urokiem Nowego Jorku lat sześćdziesiątych XX wieku, który nadal inspiruje twórców z  całego świata. Historyk sztuki John Richardson – to on wygłosił mowę pożegnalną na pogrzebie Andy’ego, swojego przyjaciela, 1 kwietnia 1987 roku – podsunął mi cenny i produktywny trop, porównując artystę do głównego bohatera Idioty Dostojewskiego. Lee Radziwill, siostra Jacqueline Kennedy, opisała mi swoją posiadłość w Montauki atmosferę, jaka panowała tam na początku lat siedemdziesiątych. Zdradziła również sekret kryjący się za słynnym głosem Warhola. Pierre Bergé udzielił mi informacji na temat relacji Andy’ego z Yves’em Saint Laurentem, z  którym artysta stworzył dwa musicale. Stuart Preston, były krytyk sztuki w „New York Timesie”, w trakcie wielu rozmów w jego domu lub w lokalach zawsze podkreślał oryginalność i znaczenie Warhola dla historii sztuki – poznał go na początku jego kariery, a w 1958 roku Andy namalował jego portret.”

Kolejne fragmenty książki

(…) „Fabryka była studiem malarskim i filmowym, ale przede wszystkim nieustannym spektaklem, codziennym happeningiem, do którego każdy mógł coś wnieść i w którym wszystko mogło się zdarzyć. Srebrny, teatralny wystrój stwarzał atmosferę sprzyjającą wszelkiej afektacji i  przesadzie, a supergwiazdy przechodziły same siebie. Warhol wykorzystywał ekscentryczny entuzjazm swojej świty, żeby czerpać pomysły na filmy i przyciągnąć publikę. Te nadpobudliwe, narcystyczne postaci za wszelką cenę pragnęły się wylansować poprzez dziwaczne i prowokacyjne wybryki – ciągle mierząc się z ryzykiem, że przepadną jako nic nieznaczący epizod. Naśladowały i parodiowały hollywoodzkie gwiazdy z lat dwudziestych i czterdziestych, nierzadko stając się ich karykaturami. Kobiety pragnęły być tak ekstrawaganckie i czarujące jak Joan Crawford, Marlene Dietrich i Lana Turner, a mężczyźni chcieli przypominać Rudolpha Valentino i Douglasa Fairbanksa. Wielkie studia i strategia oparta na „systemie gwiazd” traciły na znaczeniu, a oni zamierzali przejąć po nich schedę, zachęcani i filmowani przez Warhola. Supergwiazdy były od niego całkowicie zależne, bo podsycał ich wybujałe ego – i było to prawdziwe uzależnienie, jak dla innych kokaina, a on był tego świadom. Warhol wmówił im, że srebrny ekran wyjątkowo je kocha i wystarczy, że staną przed kamerą, żeby świat nigdy o nich nie zapomniał.” 

(…)

„Andy zwykle kładł się spać o świcie i przesypiał kilka godzin; potem wstawał, jadł śniadanie, na które składały się sok grejpfrutowy i tabletka na odchudzanie, po czym szedł do pracy w Fabryce, a tam malował, wspomagany przez asystentów, lub kręcił film wraz z całą ekipą. Unikał aktorów profesjonalnych, ponieważ według niego byli zbyt zależni od reżysera i scenarzysty. Ponad wszystko przedkładał improwizację i często kazał najbardziej efektownym postaciom ze swojej świty wymyślać dialogi z głowy, sugerując im jedynie ogólne ramy fabuły, dosłownie kilka stron tekstu, w nadziei, że powstaną w ten sposób oryginalne dywagacje. Był to swoisty sfilmowany happening – a w tej zabawie w parodiowanie dawnych hollywoodzkich sław z dorzucaniem nieprzystojnych podtekstów i zuchwalstw, które nigdy nie pojawiały się w  filmach z  dawnych lat, nie mieli sobie równych transwestyci z Fabryki. Sami w sobie byli żywą „zmyłką”, wnosili transgresywny humor, grę pozorów i mniej lub bardziej łagodne szaleństwo, które zawsze ogromnie pociągało Warhola. Ich przerysowany makijaż korespondował z równie często bezkompromisową ironią – w dodatku nie mieli zahamowańprzed niczym.”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *