

Od występów w manhattańskich klubach i na scenach off-off-broadwayowskich, przez pierwsze single i przełomową rolę w „Zabawnej dziewczynie”, aż po kontrakty z czołowymi wytwórniami muzycznymi i hollywoodzkie superprodukcje. Streisand ujawnia kulisy kariery, w której z czasem coraz częściej dyktowała własne warunki. Ważną rolę w jej historii odgrywają ludzie, którzy ją zrozumieli i wyciągnęli pomocną dłoń: Judy Garland, Marlon Brando, Robert Redford, Tennessee Williams czy Sydney Pollack.
Została uhonorowana nagrodą za całokształt twórczości Amerykańskiego Instytutu Filmowego, wyróżnieniem Kennedy Center Honors, Narodowym Medalem Sztuk, francuskim Orderem Narodowym Legii Honorowej oraz najwyższym amerykańskim odznaczeniem cywilnym – Prezydenckim Medalem Wolności. Ufundowała Barbra Streisand Women’s Heart Center przy szpitalu klinicznym Cedars-Sinai, które pomaga zwiększać świadomość na temat chorób serca – głównej przyczyny zgonów wśród kobiet – i prowadzi badania nad nimi. W 1986 roku założyła The Streisand Foundation, która za cel stawia sobie wspieranie organizacji działających na rzecz ochrony środowiska, edukacji politycznej, obrony swobód obywatelskich i praw człowieka, praw kobiet i rozbrojenia nuklearnego. W 2021 roku powołała Barbra Streisand Center na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles – postępową instytucję skupiającą się na poszukiwaniu rozwiązań dla kluczowych problemów społecznych naszych czasów.

Fragment książki
Sympatyczny mrówkojad”?
Tak oto przedstawiono dziewiętnastoletnią mnie w pierwszej recenzji mojej zawodowej roli. Grałam nieszczęśliwie zakochaną sekretarkę w I Can Get It for You Wholesale i mogłam zrozumieć to porównanie… do pewnego stopnia.
W kolejnym roku zostałam nazwana „kwaśną persymoną”, „wściekłym chomikiem”, „krótkowzroczną gazelą” i „wymemłaną fretką”.
Uch. Naprawdę tak dziwnie wyglądałam?
Zaledwie rok później, gdy grałam w swoim drugim przedstawieniu na Broadwayu, Zabawnej dziewczynie, twarz miałam dokładnie taką samą, ale teraz porównywano mnie do „starożytnej wyroczni”, „Nefretete” i „babilońskiej królowej”. Te określenia podobały mi się dużo bardziej. Najwyraźniej miałam też „faraoński profil i oczy skarabeusza”, co było komplementem, jak sądzę, chociaż muszę przyznać, że jedno z tych oczu czasem zezowało… no i najwyraźniej faraon także miał wielki kinol. Ludzie ciągle mi powtarzali: „Zrób coś z tym”. (Założę się, że faraonowi tak nie mówili).
Czasem wydawało mi się, że mój nos ma lepszą prasę ode mnie. Autor artykułu z „Time’a” napisał: „T en nos to obiekt kultu”. (Nieźle brzmi!) i ciągnął: „Twarz, którą dzieli, jest pociągła i smutna, a zrelaksowana wygląda jak u basseta”. (To brzmi całkiem słabo).
Czyli w końcu jestem babilońską królową czy psem?
Może jednym i drugim (zależy, jak patrzeć).
Chciałabym powiedzieć, że to wszystko mnie nie obchodziło, ale to nieprawda. Nawet po tylu latach zniewagi nadal bolą i trudno mi uwierzyć w prawdziwość pochwał. Myślę, że kiedy ktoś zyskuje sławę, staje się własnością publiczną. Jest obiektem do badania, fotografowania, analizowania, rozkładania na czynniki pierwsze… i w większości przypadków nie rozpoznaje osoby, którą odmalowują. nigdy do tego nie przywykłam i staram się nie czytać nic z tego, co o mnie piszą.
Czasem jednak sięgam po czasopismo, na przykład w poczekalni u dentysty. (Tak się składa, że lubię chodzić do dentysty – uwielbiam to uczucie, kiedy zęby są dobrze wyczyszczone. Mam też wtedy godzinę spokoju i nie muszę odbierać telefonów). No więc czekam i widzę artykuł o Neilu Diamondzie, który był klasę wyżej w tej samej szkole co ja, Erasmus Hall High School na Brooklynie. Faktycznie tekst dotyczył jego brata, który wynalazł jakąś niedorzeczną wannę z zestawem stereo i całą gamą elektronicznych gadżetów (idealna… jeśli ktoś chce, żeby go prąd popieścił). Nie jest to tanie, o nie, czternaście tysięcy dolarów! Myślę sobie: „Kto kupuje coś takiego?”. a potem czytam, że jestem jedną z klientek! Nie wiedziałam nawet, że mój kumpel Neil ma brata, a teraz kupuję od niego wanny?!
Irytujące, ale inne historie ranią głębiej. Któregoś wieczoru mój serdeczny przyjaciel Andrzej Bartkowiak, genialny operator, z którym zrobiliśmy dwa filmy i jeden dokument, przyszedł do mnie na kolację. (T o on gotował, ponieważ ja w kuchni stanowię zagrożenie dla otoczenia. Potrafię przypalić wodę).
Wcześniej Andrzej odwiedził znajomego (lekarza zresztą) i rzucił mimochodem, że wybiera się do mnie na kolację.
– Słyszałem, że to wredna suka.
– Co takiego? – spytał Andrzej. – o czym ty mówisz?
– Nie da się z nią pracować.
– Absurd. Pracowałeś z nią kiedyś?
– No nie.
– A ja, tak się składa, trzy razy. Współpraca z nią to prawdziwa przyjemność.
Barbra jest przesympatyczna.
– Nie, wcale nie. T o suka. Czytałem w gazecie.
Oto potęga słowa pisanego.





![„Musimy być ze sobą dogadani”. Roma Gąsiorowska na tropie szczęścia [WYWIAD] Całe szczęście6](https://kulturawokolnas.pl/wp-content/uploads/2019/03/Całe-szczęście6-1024x506.jpg)
