Polacy podbili galę „Europejskich Oscarów”. „Zimna wojna” najlepszym filmem
15 grudnia, 2018
Bez nich często nie zostaliby wielcy. „Zapomniane rodzeństwa sławnych Polaków”
18 grudnia, 2018

„Jeszcze dzień życia” najlepszą europejską animacją. Reżyser zdradza kulisy filmu

„Jeszcze dzień życia” to koprodukcja pięciu państw wyreżyserowana przez Damiana Nenowa i Raúla de la Fuente (fot. mat. pras.)

Należy do najlepszych europejskich reżyserów animacji, co potwierdził już osiem lat, gdy jego „Path of Hate” była pokazywana na 90 festiwalach i zdobyła 25 nagród. Teraz Damian Nenow wspólnie z Raúlem de la Fuente odniósł największy sukces w swojej karierze. Na gali Europejskich Nagród Filmowych ich wspólny obraz „Jeszcze dzień życia” triumfował w kategorii najlepszy film animowany. Głosów w jego polskiej wersji językowej udzielili m.in. Marcin Dorociński i Olga Bołądź. Reżyser, z którym spotkaliśmy przy okazji polskiej premiery filmu, opowiedział nam o tym, jak powstawał obraz na podstawie książki Ryszarda Kapuścińskiego o tym samym tytule.

Raul de la Fuente i Damian Nenow odbierają Europejską Nagrodę Filmową (fot. EFA/API/Daniel Hinz

Skąd pomysł na film o Ryszardzie Kapuścińskim?

Wszystko zaczęło się oczywiście od jego książki – „Jeszcze dzień życia”, ale zanim o niej, to muszę wspomnieć o współreżyserze, czyli Raúlu de la Fuente. Pojawił się jako ktoś nieznajomy i tajemniczy prawie 10 lat temu w Fortach na warszawskim Mokotowie. Przyjechał do nas z daleka, z Kraju Basków, by powiedzieć, że widział mój poprzedni film, krótkometrażowy „Paths of Hate” i chciałby zrobić ze mną film o Ryszardzie Kapuścińskim. Połączyć w nim dokument z animacją, coś skrajnie szalonego.

Na początku było ogromne zaskoczenie, że w Kraju Basków wszyscy znają książki naszego pisarza. Potem pojawiła się duma i poczucie, że to fantastyczny pomysł, do którego od razu chciałem dołączyć.

Film powstał na podstawie najbardziej osobistej książki Ryszarda Kapuścińskiego (fot. mat. pras.)

Dlaczego film na podstawie akurat tej książki?

To najbardziej osobista z książek Ryszarda Kapuścińskiego, która w pewnym sensie jest o nim. Opowiada o człowieku, gwieździe reportażu, która staje się pisarzem. Taki trochę paradoks, bo dopiero wydarzenia w 1975 roku w Angoli kształtują tego człowieka, który po powrocie może o nich napisać. To świadectwo stricte filmowej przemiany. Najpierw był reporter, a dopiero potem pisarz i to w dodatku jeden z najwybitniejszych w naszym stuleciu.

Moim zdaniem temat fantastyczny, bo o wielkiej ikonie, a jednocześnie potwornie aktualny. Ta książka opisuje sytuacje, które właściwie dzieją się teraz. Kiedy ją ponownie czytałem, tuż przed rozpoczęciem prac nad filmem, na świecie działy się wydarzenia w Syrii, Iraku, na Ukrainie. Ta analogia, do tych samych mechanizmów, do czegoś, co Portugalczycy określają mianem tajemniczego „confusão” (zamieszanie, zamęt – przyp. red.) rzuca się od razu w oczy. To potworne i zarazem przerażające, że historia aż tak zatacza koło. Książka Kapuścińskiego w pewnym stopniu pokazuje, jak z tym wszystkim żyć, z jakiej perspektywy patrzeć na świat, żeby nie wpaść w pułapkę „confusão”. „Ono zawsze powróci” – mawiał Ryszard Kapuściński. Mam nadzieję, że nasz film chociaż w małym stopniu da widzom taką podpowiedź i odrobinę nadziei oraz rzuci światło na to, co jest w życiu ważne.

(fot. mat. pras.)

A co kryje się za tytułem – „Jeszcze dzień życia”?

Przede wszystkim uniwersalność i prostota. Nie potrzebujemy wcale ideologii, sprawy, o którą walczymy, gonić demonów i fascynacji. Czasami wystarczy nam kolejny, jeszcze jeden dzień życia. Nieważne, gdzie jesteśmy, czy tu w Warszawie czy w Syrii, na Ukrainie, czy na drugim końcu świata, to zawsze najważniejsza jest ludzka godność. To coś, co jest znakiem rozpoznawczym pisania Ryszarda Kapuścińskiego, takim słowem kluczem, wytrychem. To dzięki temu stał się on tłumaczem kultur. „Jeszcze dzień życia” to taki symbol.

Udało wam się połączyć film dokumentalny z animowanym. Jak by Pan określił tę swoistą „hybrydę”?

To wcale nie takie trudne, chociaż może słowo „hybryda” rzeczywiście nie brzmi dość fortunnie. To po prostu fabuła, kino akcji czy wojenne. Unikałbym nazywania go animacją lub dokumentem,, bo chodziło nam o ich połączenie. To było narzędzie czysto narracyjne, by za pomocą dwóch szalenie odległych języków filmowych, zrealizować film fabularny, jedną historię, spójną opowieść. Nie ma znaczenia, czy dana sekwencja jest animowana, czy też zrealizowana jako zdjęcia aktorskie. De facto mamy około 60 minut animacji i niecałe 20 minut zdjęć dokumentalnych.

Międzynarodowa ekipa na czele z reżyserem Damianem Nenowem oraz aktorami, którzy użyczyli swojego głosu (fot. D. Żuchowicz)

Fabuła filmu

To trzymająca w napięciu historia trzymiesięcznej wyprawy wybitnego reportera Ryszarda Kapuścińskiego do ogarniętej wojną i chaosem Angoli, w której linia frontu zmienia się jak w kalejdoskopie. Zgodnie z książkowym pierwowzorem widz rozpoczyna podróż z autorem w 1975 roku od Luandy, stolicy Angoli. Trwa dekolonizacja po portugalskiej rewolucji goździków. Portugalczycy opuszczają w pośpiechu luksusowe dzielnice miasta, ponieważ przeraża ich widmo ataku na stolicę kraju. Pakują cały swój dobytek w drewniane skrzynie. W Luandzie zamykane są sklepy, znikają służby porządkowe, rosną góry śmieci.

Kapuściński z opuszczonego miasta codziennie nadaje depesze do Polskiej Agencji Prasowej. W końcu wyrusza w śmiertelnie niebezpieczną podróż w głąb kraju. Ledwo uchodząc z życiem, zdaje sobie sprawę, że jest świadkiem wydarzeń, które będą wymagać wyjścia poza rolę obserwatora. Czy reporter może zataić sensacyjne odkrycie dla dobra wyższej sprawy?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *