

Film dokumentalny ukazuje sylwetkę wybitnego aktora i pedagoga, legendę polskiej sceny i filmu. Jak zdradził reżyser Maciej Dancewicz, Jan Englert nie chciał jubileuszowej celebry i szczegółowego przeglądu jego osiągnięć. – Zgodziliśmy się z tym. Chodziło o to, by nie pokazywać go jedynie jako aktora i reżysera, ale przedstawić także obraz jego codzienności, stworzyć szkic do portretu jego osobowości – podkreśla twórca. Nie ma więc klasycznej, uporządkowanej narracji biograficznej. Są za to ułożone naprzemiennie, w dynamicznym rytmie, sceny z życia prywatnego Jana Englerta oraz szybki rajd po najważniejszych rolach z jego dorobku teatralnego i filmowego. I choć sam prezentuje siebie z charakterystycznym dystansem i delikatną autoironią, to w jego wypowiedziach po wielekroć dochodzą do głosu głębokie emocje.
Bohater filmu mówi także o swej relacji z żoną, też aktorką. – Mnie Beata bardzo zmieniła, nie starając się o to. Myślę, że ja zmieniłem bardzo Beatę, nie starając się o to. Oddając coś z siebie albo biorąc coś z kogoś, zmieniamy się – podkreśla Englert. – Mam do niego zaufanie jako do reżysera. Dobrze się z nim pracuje. Wie, czego chce, jest przygotowany, ma pomysł, jest twórczy, ma niewyczerpaną wyobraźnię. Cały czas coś nowego przychodzi mu do głowy – dodaje Beata Ścibakówna ze swej strony. – Wielkim atutem jest moim zdaniem pojawienie się na ekranie Heleny Englert, która wnosi inną pokoleniową wrażliwość, cenny rodzaj bezpośredniości. Mówiąc o ojcu, nie wstydziła się ukazać prawdziwego wzruszenia – przyznaje reżyser dokumentu.

Bez celebry, ale z refleksją
– Pomysł, by nakręcić dokument o Panu Janie pojawił się w głowie Marka Bukowskiego, współproducenta filmu, który dobrze zna Jana Englerta z tenisowego kortu. Potem w prace włączyła się Beata Ścibakówna, producent Michał Szymanowicz, a następnie i ja – wyjawił Maciej Dancewicz. Jak tłumaczy, dokument powstawał w trudnym momencie życia bohatera, gdy rozstawał się on z Teatrem Narodowym, którym przez wiele lat kierował. – W filmie znalazły się fragmenty jego blisko czterogodzinnego monologu, będącego czymś na kształt wyznania artystycznej wiary, spowiedzi i próby podzielenia się swymi, czasem gorzkimi, refleksjami. Była to dla mnie ważna lekcja – puentuje Dancewicz.
W filmie wypowiada się kilkanaście osób z jego otoczenia, z którymi przez lata blisko współpracował. Są wśród nich Anna Dymna, Maja Komorowska, Małgorzata Kożuchowska, Danuta Stenka, Joanna Szczepkowska, Ewa Wiśniewska, Piotr Adamczyk, Juliusz Machulski czy Jan Frycz. Dzięki ich spojrzeniu, unikającemu łatwego komplementowania Mistrza, powstał wielowymiarowy wizerunek jego osobowości. Jednocześnie, starannie dobrane fragmenty kluczowych ról pozwolą lepiej zrozumieć oryginalność jego talentu. Niektóre świadectwa są zabawne, inne wzruszające. Juliusz Machulski porównuje styl gry i charyzmę Jana Englerta do Paula Newmana. Z kolei Joanna Szczepkowska wskazuje na jego zawadiacką, typową dla warszawiaka naturę, a Piotr Adamczyk próbuje w krótkich słowach opisać kwintesencję reżyserskiej metody Mistrza.
