

Gdańsk, rok 1529. Anna Schilling więdnie w dostatnim, lecz pozbawionym miłości domostwie. Nikczemność i okrucieństwo jej małżonka sprawiły, że trzydziestoparoletnia kobieta nosi w sobie ciężar doświadczeń nieprzystający do jej wieku. Bezpieczną przystanią i powierniczką pozostaje dla niej miedzianowłosa Johana – kobieta, która przemyka ulicami Gdańska niczym barwny ptak, a odpowiedzi na nurtujące ją pytania szuka nie w kościelnych naukach, ale w kartach tarota. Nie przeczuwa jednak, że ludzka pruderia i zabobon potrafią sączyć truciznę silniejszą niż niejedno z ziół, na których tak biegle się zna.
Przewrót w życiu Anny następuje, gdy na swojej drodze spotyka uczonego, lekarza i duchownego: Niklasa Koppernigka. Uczucie, które wybucha między tą parą dojrzałych ludzi, jest równie intensywne, co niespodziewane, i rozpoczyna przejmującą historię determinacji i walki o wierność samym sobie – i w miłości, i w nauce.

Fragment książki
Mam na imię Anna, tak jak czcigodna babka Jezusa Chrystusa, ale nie jestem wzorem do naśladowania dla żon, nie kroczę pobożną drogą. Nadano mi imię świętej, która miała być przykładem dla kobiet. Ze swoim mężem Joachimem, którego czciła, żyła skromnie i bez grzechu, a jednak niebiosa nie pobłogosławiły ich potomstwem. Pewnego dnia pogrążony w smutku małżonek potajemnie opuścił dom i udał się na pustynię, gdzie przez czterdzieści dni zamierzał pościć – z nadzieją, że Bóg dojrzy jego cierpienie i zlituje się nad gniazdem bez piskląt.
Mężczyzna, którego poślubiłam, też odszedł, ale nie powiedział dokąd. Z pewnością jednak ani nie pości, ani się nie umartwia. Dopływa raczej do jakiegoś nadmorskiego miasta, gdzie w wilgotnych oparach grzechu czekają na niego portowe dziwki. Po pijackiej nocy Arend, bo tak na imię ma mój ślubny, spienięży towar, część zysku zostawiając na karcianej ławie, i ruszy dalej, do kolejnego miasta, by spotkać bankierów, kapitanów i zwykłych rzezimieszków, którzy namówią go na udział w kolejnej wyprawie. A on na wszystko się zgodzi, byle tylko być z dala ode mnie, od domu, od naszych dorastających dzieci i kłopotów, z którymi zwykł zostawiać mnie samą.
Kiedy moja patronka odkryła, że Joachim zniknął, straciła nadzieję i zaczęła opłakiwać swoje wdowieństwo. I właśnie wtedy, gdy wszystko wydawało się stracone, w jej brzuchu poruszyło się dziecię. Wspaniały anioł obwieścił narodziny dziewczynki i rychły powrót męża.
Moja święta imienniczka, rodząc pierwsze i jedyne dziecko, była już w podeszłym wieku, lat miała grubo ponad czterdzieści. Prawdziwy cud! Jeszcze większy wydarzył się piętnaście lat później, gdy jej córka, Maria, poślubiła cieślę Józefa i stała się matką Boga.
Mam pięcioro dzieci. Dwóch synów i trzy córki. Moje najstarsze dziewczęta już szykują się do zamążpójścia. Codziennie modlę się do świętej Anny o szczęście dla nich. Oby ich mężowie okazali się lepsi od mojego.
Patronem Arenda Schillinga jest Arnold Wyznawca, lutnista wiel- kiego cesarza, nie pomnę jednak jego imienia. Władca ten z wdzięcz- ności za piękną grę podarował muzykowi lasy i bogactwa, ale święty rozdał swój majątek ubogim. Owa wzniosła historia nijak ma się do mego Arenda. Nie tylko nie potrafi on grać na żadnym instrumencie (jedynie na moich nerwach), ale i na domiar jest chciwy oraz sku- piony na sobie. Pieniądze zaś wydaje na jeden cel: własne zachcianki.
Gdy dzieci nasze były małe, wciąż żywiłam nadzieję, że w małżeństwie nam się ułoży. Zostając panią Schilling, liczyłam szesnaście lat, niewiele więcej od Najświętszej Panienki, i moje serce było głodne uczucia, którego Arend – wówczas bardzo przystojny mężczyzna – dla mnie jednak nie miał. Dni mijały, oczy puchły mi od łez, pod suknią pulsowały ślady po mężowskiej dyscyplinie. Oszpecona smutkiem i bezsennością, jedyną pociechę znajdowałam w czytaniu dwóch ksiąg. Obie stały wtedy jeszcze w naszym gdańskim domu: święta Biblia oraz Wykład o żeglarstwie i gwiazdach. Ta druga była prezentem ślubnym dla Arenda od mego ojca, niezwykle światłego człowieka, świeć, Panie, nad jego duszą, zasłużonego burmistrza mia- sta Torunia. Księgę tę sprzedaliśmy już jakiś czas temu na wiano dla córek, ale znam ją niemal na pamięć; dzięki temu mam poczucie, że nie do końca pozbyliśmy się tego bogactwa. Biblię próbuję czytać codziennie. Lubię zwłaszcza Janową Ewangelię oraz księgę Genesis. Gdy czuję się poraniona ludzką złością, słowo Boże przynosi mi otu- chę. Choćby taka scena wygnania pierwszych ludzi z Raju. Pan Bóg pyta Adama, dlaczego się przed nim ukrywa, a on, przestraszony, odpowiada: „Niewiasta, którąś mi dał za towarzyszkę, dała mi z drzewa i jadłem”. Tak właśnie skarży się Adam. Nieudolnie, jak to mężczyz- na, od razu odsuwa winę od siebie. A przecież Wszechmogący dobrze wiedział, co się wydarzyło, i musiał być Adamowym tchórzostwem srogo rozczarowany.
Mój mąż nie lubi, kiedy pochylam się nad księgami. Straszy mnie, że umrę od czytania. Ponoć w drukarskiej farbie mieszają teraz tajemny składnik, co zabija pleśń i robaki i który szczególnie niebezpieczny jest dla kobiecej skóry.

O autorce
Maja Wolny to pisarka, kuratorka, doktor nauk humanistycznych. Autorka powieści, reportaży, esejów i sztuk teatralnych. Laureatka wielu nagród i wyróżnień. Jej powieść „Czarne liście” zyskała ogromny rozgłos w Polsce i ukazała się w Belgii oraz Holandii. W rankingu belgijskiej gazety „De Standaard” została uznana za jedną z dwudziestu najlepszych książek wydanych na świecie w 2017 roku. Jej kolejna powieść, „Księgobójca”, otrzymała belgijską nagrodę literacką Herkulesa Poirota. Po niej wydała „Jasność”. Wielokrotnie samotnie podróżowała koleją do Rosji, Mongolii i Chin. Owocem tych wypraw są powieść „Powrót z Północy” oraz wydany w 2020 roku „Pociąg do Tybetu”, nominowany do Nagrody im. Beaty Pawlak i uhonorowany tytułem najlepszej książki podróżniczej na Festiwalu Górskim im. Andrzeja Zawady.
Po inwazji Rosji na Ukrainę jako jedna z nielicznych na świecie autorek udała się do Rosji. Korespondencje publikowała w Onecie, „Polityce” oraz belgijskiej gazecie „De Standaard”, a owocem tej podróży jest reportaż „Pociąg do Imperium”. W konsekwencji nałożono na nią dwudziestoletni zakaz wjazdu do Rosji i Białorusi. Od 2016 roku mieszka na stałe w Polsce, w Kazimierzu Dolnym, gdzie współtworzy Festiwal Literacki „Dwa Księżyce”. Jej utwory zostały przetłumaczone na języki niderlandzki, niemiecki i angielski.