Przestrzeń, ludzie i sztuka. Wystawa „Świat polskich Wazów” na Zamku Królewskim
6 listopada, 2019
Niepublikowane zdjęcia, rękopisy tekstów… „Nieznana historia” i album Queen
6 listopada, 2019

„To bardzo uczy pokory”. Marcin Korcz o miłości i byciu „Przystojniaczkiem”

Marcin Korcz w spektaklu „Przystojniaczek” wciela się w tytułową postać (fot. Podlewski/AKPA)

Widzowie kojarzą go z popularnych seriali: „Rodzina zastępcza”, „Przyjaciółki” czy „O mnie się nie martw”. Marcin Korcz ma jednak w swoim dorobku role filmowe m.in. w „Miasto 44”, „Miłość jest wszystkim”, a także główną w „Być jak Kazimierz Deyna”, ale na co dzień występuje na teatralnych deskach. W najnowszym spektaklu „Przystojniaczek” w Teatrze Kwadrat wcielił się w postać Hiszpana Diega, który jak sam przyznaje może być głosem współczesnych mężczyzn. – Mówi się, że zbyt późno dojrzewają do odważnych życiowych decyzji. Nie spieszy im się do tego, by wiązać się na poważnie, brać ślub i zakładać rodzinę. Im dłużej da się uniknąć deklaracji, tym lepiej. I takiego faceta chcemy pokazać – podkreśla aktor. Na scenie partneruje mu Anna Karczmarczyk, a całość reżyseruje Andrzej Nejman, który zadbał o to, by warszawska inscenizacja była bardziej hiszpańska od oryginału. – Od muzyki przez elementy scenograficzne, a nawet fragmenty dialogu, ale emocje są uniwersalne – deklaruje Korcz. Portalowi Kultura wokół Nas opowiedział, jak radzi sobie ze śpiewem oraz w tańcu, dlaczego nazywa siebie „farciarzem” oraz czy po latach jest jeszcze kojarzony z rolą w „Rodzinie zastępczej”.

Sztuka „Przystojniaczek” to nowa propozycja Teatru Kwadrat. Kim jest tytułowy bohater?

Ciężko opisać Diego jednym słowem. Jest raczej hybrydą, facetem, w którym ścierają się różne typy osobowości. Z jednej strony aspiruje do miana Don Juana, z drugiej ma w sobie coś z Piotrusia Pana. Jest uroczy, momentami nieporadny, ale też niezwykle błyskotliwy i inteligentny. Ma poczucie humoru, mocno przesycone ironią, którym usiłuje zamaskować swoją wielką wrażliwość.

To trochę odbiega od stereotypu hiszpańskiego macho.

Coraz częściej mówi się, że współcześni mężczyźni zbyt późno dojrzewają do odważnych życiowych decyzji. Nie spieszy im się do tego, by wiązać się na poważnie, brać ślub i zakładać rodzinę. Im dłużej da się uniknąć deklaracji, tym lepiej. I takiego faceta chcemy pokazać w „Przystojniaczku”. Myślę, że Diego jest w jakimś sensie głosem współczesnego mężczyzny, niezależnie od narodowości. Kobiety są pod tym względem dużo bardziej poukładane i nie chcą tracić czasu na bycie z wiecznymi chłopcami. Prędzej czy później odchodzą i pozostaje pustka. Dokładnie w takiej sytuacji znajduje się mój bohater.

(fot. Podlewski/AKPA)

Akcja sztuki toczy się w Hiszpanii, a wasza inscenizacja jest ponoć jeszcze bardziej hiszpańska od oryginału.

Nasycenie spektaklu elementami kultury iberyjskiej to wizja naszego reżysera. Andrzej Nejman dbał o to, żeby w możliwie wielu miejscach zaznaczać tę hiszpańskość „Przystojniaczka”. Od muzyki, przez nawiązania do zainteresowań mojego bohatera, elementy scenograficzne, a nawet fragmenty dialogu. Ale jeśli ktoś akurat nie przepada za tą kulturą, proszę się nie zrażać. Emocje są uniwersalne.

Pojawiają się też elementy tańca oraz śpiew. Jak sobie z tym radzisz?

Śpiewanie nigdy nie było moją mocną stroną. W „Przystojniaczku” musiałem to zrobić, bo wymagał tego scenariusz. Konieczne było wzięcie kilku lekcji, które trochę mnie uspokoiły, ale nie zmieniły faktu, że ten fragment przedstawienia i tak stresuje mnie najbardziej. Na szczęście chyba nie jest najgorzej, bo nawet moja mama stwierdziła po premierze: „no synuś, nie wiedziałam, że ty to tak potrafisz w dźwięki trafiać.”

Jeśli chodzi o taniec, myśleliśmy z Anią (Karczmarczyk – przyp. red.), że aby sprostać skomplikowanej wizji reżysera, który opowiadał o niej przez blisko godzinę, będziemy musieli poświęcić na treningi wiele godzin. Skończyło się na jednej próbie. Zaskakująco łatwo przyszło nam zapamiętanie układu przygotowanego przez profesjonalnych choreografów: Janję Lesar i Krzyśka Hulboja. Chociaż właściwie powinienem powiedzieć, że zaskakująco łatwo przyszło Ani zapamiętanie tego układu. Ja próbuję, zrzucając ewentualne niedociągnięcia na niezdarność Diega. Staram się nie zepsuć jej show.

(fot. Podlewski/AKPA)

Istotna w tej sztuce jest sfera psychologiczna, w tym siła pierwszego zauroczenia. Czy zgadzasz się z tym, że zostaje ono w człowieku na długo?

Podobno pamięta się pierwszą i ostatnią miłość. Nigdy nie wiadomo, która będzie ostatnią… ale pierwsza zawsze jest jedna. To jest magia i emocje, które mocno odciskają się na duszy. Swoje pierwsze mocne zauroczenie przeżywałem w wieku lat 20. Trwało to bardzo krótko, szybko się skończyło, ale było szalenie intensywne. Do tego stopnia, że będąc na drugim roku szkoły teatralnej, byłem tak bardzo tym emocjom oddany, że nie byłem w stanie przez cały semestr nauczyć się tekstu na egzamin z prozy. Mój umysł po prostu zwariował. Ciekawe jest też to, że teraz, choć to sprawa sprzed dwunastu lat, kiedy spotykam tę dziewczynę, język mi się plącze i dostaję gęsiej skórki.

Po premierze „Przystojniaczka” napisałeś na swoim profilu w mediach społecznościowych, że jesteś „farciarzem”. Co miałeś na myśli?

Przede wszystkim to, że dostałem tak ogromny kredyt zaufania ze strony dyrekcji Teatru Kwadrat, że zdecydowali się powierzyć właśnie mnie tak dużą rolę. Granie w przedstawieniu dwuosobowym to wielka odpowiedzialność. Farciarzem jestem też dlatego, że przyszło mi pracować z tak fantastyczną ekipą i oczywiście z Anią Karczmarczyk. Jej cierpliwość, precyzja, wdzięk i powab to coś bezcennego. Wspaniale pracowało się z Andrzejem Nejmanem. To człowiek o wielkiej wyobraźni, który odważnie realizuje swoją wizję artystyczną.

(fot. Podlewski/AKPA)

Lepiej się czujesz w komediowym repertuarze niż klasycznie dramatycznym?

Do momentu, w którym zaproponowano mi zrobienie zastępstwa za Pawła Małaszyńskiego w „Ślubie doskonałym” byłem przekonany, że zdecydowanie preferuje dramat. Udział w projekcie czysto komediowym pokazał mi inną stronę mojego zawodu. Stronę, w której mój nazwijmy to „trud sceniczny” szybko wywołuje reakcję u widza. Jeśli podam kwestie w dobrym rytmie, z dobrą intencją, przez co widz się szczerze zaśmieje znaczy, że dobrze wykonałem swoją pracę. W teatrze dramatycznym, często się zdarza, że po miesiącach spędzonych w sali prób, staję się na scenie, gra się przedstawienie i nigdy nie ma się pewności, czy ciężka praca wpływa jakkolwiek na widza, czy dociera do niego.

Mając te doświadczenia zaryzykuję stwierdzenie, że lepiej się czuję w teatrze komediowym. Eksploruję tę przestrzeń zawodową z dużą przyjemnością i mam poczucie, że jest dla mnie jeszcze czymś niezbadanym.

Z obsadą spektaklu „Czworo do poprawki” w Teatrze Imka (fot. mat. pras.)

Jesteś jeszcze kojarzony z „Rodziną zastępczą”?

Czasami zdarza się, że ktoś zaczepi mnie na ulicy i powie, że pamięta mnie z „Rodziny zastępczej”. Co jest dla mnie ciekawe, biorąc pod uwagę, że ostatni dzień zdjęciowy na planie tego serialu miałem czternaście lat temu i nie ma co ukrywać, trochę się przez ten czas zmieniłem…

A jak podchodzisz do kwestii seriali, bo niektórzy aktorzy traktują je czysto zarobkowo?

Pracuję w tym zawodzie 12 lat. Doświadczyłem już różnych momentów, zarówno totalnego nadmiaru pracy, jak i chwil, że nie miałem jej w ogóle. To bardzo uczy pokory. Wspaniale jest grać w teatrze, w fabułach, ale nie gardzę serialami. I faktycznie dają oddech finansowy. To ważne. Poza tym, z każdego projektu, z każdego dnia zdjęciowego można wyciągnąć jakąś lekcje. Kwestia otwartości i chęci.

Na planie serialu „O mnie się nie martw” (fot. mat. pras.)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *