„Umrzeć za Gdańsk”. 12 rozmów o Pawle Adamowiczu, wolności i magii miasta
7 maja, 2019
W góry idzie się po to, by zdobywać, a nie zdobyć. „Rozmowa z górą” Rafała Froni
9 maja, 2019

„Teraz może zaistnieć naprawdę”. Halina Frąckowiak z muzyczną niespodzianką

Halina Frąckowiak od 56 lat nie rozstaje się z mikrofonem i sceną (fot. Facebook)

Od 56 lat właściwie nie schodzi ze sceny, mając w dorobku takie hity, jak „Papierowy księżyc”, „Napisz proszę” czy „Serca gwiazd”. Halina Frąckowiak wydała właśnie reedycję swojej płyty „Geira”, która ukazała się w 1977 roku. – 40 lat temu ta muzyka wyprzedzała niejako swoją epokę. Teraz ma możliwość zaistnieć naprawdę – mówi artystka. Pracuje też nad nowym materiałem, którego pierwszym efektem będzie piosenka skomponowana specjalnie dla niej przez Zbigniewa Wodeckiego, do której słowa napisał Jacek Cygan. Portalowi Kultura wokół Nas opowiedziała, czym są dla niej spotkania z DJ-ami w ramach projektu „Made in Poland”, czy nadal ma tremę przed występami na scenie oraz jak dba o formę fizyczną.

Po 42 latach od premiery wydano reedycję Pani płyty „Geira”. W przypadku Zbigniewa Wodeckiego okazało się to sukcesem. Czy liczy Pani na podobny odbiór?

Tak dokładnie i do końca nigdy nie wiadomo, czemu coś jest bardziej lub mniej lubiane. Z reedycji „Geiry” ogromnie się cieszę, bo zawiera całą masę wspaniałych utworów, z muzyką Józefa Skrzeka i słowami Juliana Mateja, w dodatku nagrana z fantastycznym zespołem SBB. 40 lat temu ta muzyka wyprzedzała niejako swoją epokę, więc nie mogła znaleźć ogólnego poklasku. Ludzie oczekiwali prostszych piosenek.

A teraz się odnajdą?

Gdy przygotowywaliśmy płytę „Przystanek bez drogowskazu… Garaże gwiazd”, Adam Sztaba, który był jej muzycznym producentem, słuchając „Geiry” powiedział, że „jest ona niezwykle aktualna, właściwie na teraz”. Oczywiście ta płyta miała rzesze fanów. Podczas koncertów proszono mnie, abym zaśpiewała również utwory z niej pochodzące. Na Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu, a także kilku innych koncertach wykonałam z zespołem SBB „Brzegi łagodne”, a piosenka „Pieśń Geiry”, biorąc udział w konkursie, otrzymała nagrodę jury. Myślę, że teraz reedycja z tą samą okładką, ma możliwość zaistnieć naprawdę.

Płyta „Geira” została wydana w 1977 roku (fot. archiwum)

W ramach projektu „Made in Poland” występuje Pani na jednej scenie z DJ-ami, którzy lubią poprzerabiać również Pani piosenki. Co dla Pani znaczą takie spotkania?

Przede wszystkim to dowód na zainteresowanie moim repertuarem. Wcześniej nie było w Polsce takiego zwyczaju. Artystów, którzy śpiewają od wielu lat, bardzo często traktowało się w ten sposób, że ich czas już minął. Na całym świecie jest tak, że oprócz tego, co nowe, to kocha się i opłakuje, jeśli odchodzą tych, którzy byli i są wspaniali. To też okazja dla młodych odbiorców, żeby poznali często nieodkrytą muzykę z lat 70., bo tę z 80. raczej znają.

I na bliższe poznanie artystów, takich jak Halina Frąckowiak.

Tak… chociaż ja właściwie śpiewam cały czas i nie miałam jakichś dłuższych przerw, może poza okresem gdy leżałam wiele miesięcy w szpitalu po wypadku samochodowym. To są jednak wyjątkowe sytuacje. Przez te 56 lat cały czas jestem na scenie, mam koncerty i pracuję. Może nie nagrywam nowych utworów na zasadzie im więcej tym lepiej, tylko bardzo spokojnie wybieram repertuar.

Koncert Haliny Frąckowiak w ramach projektu „Made in Poland” w Teatrze WARSawy (fot. mat. pras.)

Na takie koncerty wybiera Pani wyłącznie hity?

Niekoniecznie, bo oprócz standardowych utworów, na które publiczność reaguje bardzo spontanicznie i żywiołowo, powracam do piosenek, których dawno nie śpiewałam, a które wciąż lubię, np. „Sezon trwa”. To jest kompozycja, do której muzykę napisali Wojciech Trzciński i Jerzy Kleyny. Może mało kto pamięta, ale ona też była hitem, podobnie jak „Dancing Queen”, piosenka popowa i popularna.

Ostatnio publiczność często wraca do utworów z lat 70. Co takiego ma w sobie polska z tego okresu?

Gdy śpiewam na koncertach, to widzę, że młodzi ludzie, bo nie tylko moi rówieśnicy, znają piosenki z tamtych lat. Nie tylko melodie. Znają też słowa i często śpiewają razem ze mną. To jest dla mnie miłe zaskoczenie. Muzyka lat 70. w jej polskiej historii wiąże się z okresem bardzo twórczym i pełnym świetnych pomysłów. Jej siłą nie była wyłącznie moda i styl przeniesione na polski grunt z Zachodu. Było wówczas bardzo wielu wybitnych i niepowtarzalnych twórców. W tamtych latach tworzeniu towarzyszył jakiś głód artystycznych przeżyć, klimat radości, wynikający choćby z samego faktu powstawania większych czy mniejszych form artystycznych. Mogła być to piosenka czy przedstawienie w teatrze, ale wybitni twórcy, czyli kompozytorzy, autorzy tekstów dbali o poziom i jakość treści. Dotyczyło to także tych, którzy śpiewem czy aranżacją dopełniali całości, aby wyróżniała się indywidualnym znakiem. Prawdopodobnie dlatego ta muzyka przetrwała.

Ernest Bryll, Jacek Cygan, Marek Dutkiewicz, Janusz Kondratowicz, Wojciech Młynarski, czy Andrzej Poniedzielski. Ich teksty nadal śpiewam bardzo chętnie i z radością. Ostatnio zresztą Jacek Cygan napisał dla mnie dwa nowe teksty na płytę, a Andrzej Poniedzielski słowa do utworu „Summertime” z repertuaru Elli Fitzgerald. Dzisiaj wygląda to trochę inaczej, młodzi wykonawcy są dobrze przygotowani do zawodu, mają skończone szkoły muzyczne i silne głosy. Na nich się stawia, żeby mogli zaistnieć i to jest naturalne. Trochę smutne jest jednak to, że nie przywiązuje się wagi do wartości, jaka jest w słowach.

(fot. archiwum)

Czy występy na żywo jeszcze Panią stresują?

Oczywiście, że tak. To nie jest taki stres, jak wtedy, gdy byłam młodą dziewczyną. Jeśli wszystkie warunki są sprzyjające, począwszy od aparatury na scenie i nic nie jest przeciwko mnie, to właściwie potrzebuję tylko skupienia. W momencie wydania pierwszego dźwięku, pierzcha to wszystko, co nazywamy zdenerwowaniem.

Ponad pół wieku na scenie, ale ciągle w formie. Jak Pani to robi?

Staram się nie nadużywać swoich sił, choć nie chodzę zbyt wcześnie spać. Często brakuje mi czasu dla siebie, więc późne godziny poświęcam na swoje sprawy. Wówczas mogę oddać się temu, co mnie interesuje i osobiście zajmuje, a także popracować nad tym, co wymaga ciszy. Nie piję w ogóle alkoholu, nie palę papierosów i staram się zdrowo odżywiać.

Poza tym mam odziedziczoną po rodzicach pogodę ducha i optymistyczne podejście do życia, bez względu na to, co mnie spotyka, a bywają czasami sprawy lub wydarzenia, które bolą. Potrzebuję być w ciepłych relacjach z ludźmi. Wyznaję, że miłość w szerokim rozumieniu tego słowa, jest największą siłą i napełnia mnie radością.

(fot. mat. pras.)

Podobno blisko też Pani do sportu?

To prawda, odkąd pamiętam uprawiałam aktywność fizyczną. Góry były dla mnie silnym impulsem. Uwielbiam jeździć w nasze Tatry, szczególnie latem. Dużo też pływałam, natomiast bardziej chodziłam niż biegałam, bo chód wydaje mi się o dziwo bardziej absorbujący.

Kiedyś, gdy byłam na Lanzarocie, to nurkowałam osiem czy dziewięć metrów w głąb oceanu. To była przygoda i doświadczenie, z którym sobie świetnie poradziłam. Pewnie dlatego, że osoby, które pracują głosem, potrafią kontrolować swój oddech. Przyjemne też było spotkanie z rybami, gdy patrzyłyśmy sobie w oczy. Po takim pięknym przeżyciu pomyślałam jednak, że ten jeden raz mi w zupełności wystarczy.

Halina Frąckowiak na scenie I edycji Wodecki Twist Festiwalu (fot. mat. pras.)

Pracuje też Pani nad nową płytą. Na jakim jest ona etapie?

Tak… mam już zgromadzony materiał, to jest muzykę i słowa… Jednakże na 22 maja przygotowałam utwór specjalny i bardzo wyjątkowy. Ta moja nowa piosenka ma swoją niezwykłą historię. Kilka lat temu poprosiłam Zbyszka Wodeckiego, żeby skomponował dla mnie muzykę na płytę, do której zbierałam materiał. Otrzymałam ją, ale to wszystko trochę trwało, a przeróżne koleje powstania płyty pisały swój scenariusz.

Tymczasem dwa lata temu Zbyszek przeszedł ciężką operację, a potem 22 maja odszedł. Po pewnym czasie poprosiłam Jacka Cygana o napisanie do tej muzyki słów, które są właściwie moją rozmową ze Zbyszkiem. Cała piosenka „W Krakowie pada deszcz”, jest dedykacją dla Niego.

(fot. Adam Cissowski)

1 Komentarz

  1. Avatar Grzegorz pisze:

    Pani Halina jest Mega Gwiazdą. Zarówno mocny koncert w Teatrze Warszawy jak i urodzinowy recital w Kalinowski Sercu to były wspaniałe przeżycia artystyczne. A płyta Giera już na mnie czeka w Empiku do odbioru. Pozdrawiam Wszystkich.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *