Tarantino i Mendes triumfują, Scorsese pokonany. 77. Złote Globy z niespodziankami
6 stycznia, 2020
Groteskowy portret filmowego biznesu. Komedia „Tam gdzieś musi być niebo” w kinach
10 stycznia, 2020

Na scenie żywioł, a prywatnie? Joanna Kołaczkowska odkrywa swoje nieznane oblicze

Joanna Kołaczkowska jest obecna na kabaretowej scenie od ponad 30 lat (fot. mat. pras.)

Kobieta dynamit, powalający urok i monstrualny zmysł komiczny. Tak o Joannie Kołaczkowskiej mówią jej koledzy z Kabaretu Hrabi i taki wizerunek buduje ona od lat na scenie. Efektem 17 lat pracy jest kilkanaście programów i rzesze fanów, z myślą o których powstała książka „Hrabi. Duszkiem tak!” – Dzięki niej można zobaczyć, jak tworzymy, jakim to jest czasami okupione bólem, a jakimi problemami. To była podróż przez całe nasze życie – mówi artystka. Prywatnie Kołaczkowska to przeciwieństwo osoby, którą widzowie znają ze sceny. – Jestem raczej schowana, nie otaczam się taką ilością ludzi, nie dopuszczam ich za blisko. Trochę też jestem zamknięta, milcząca, delikatnie się tylko uśmiecham, nie tryskam energią – podkreśla. Portalowi Kultura wokół Nas zdradziła, jak pomimo popularności udaje jej się zachować prywatność, co inspiruje ją do tworzenia programów kabaretowych oraz co dają jej występy recitalowe.

Słyszałem, że ludzie kabaretu wstają wcześnie, ale nie wcześniej niż o dziewiątej. To prawda?

Oczywiście, to absolutna prawda. Ostatnio udaje mi się ten stan osiągnąć i wstaję o dziewiątej czy nawet dziesiątej. Wcześniej, kiedy musiałam zawozić dziecko do szkoły, to przez dziewięć lat wstawałam o 6.30. To było dla mnie absolutnym dramatem, dlatego teraz jestem szczęśliwa.

Taka higiena praca.

Tak, zwłaszcza że przeważnie zasypiam o drugiej czy nawet trzeciej w nocy. Dzisiaj musiałam wstać o szóstej, tak że ledwo żyję.

Takie poświęcenie dla właśnie wydanej książki – „Hrabi, duszkiem tak”. Skąd pomysł, by powstała?

Namówili nas do tego Jakub Jabłonka i Paweł Łęczuk. Przyszli z propozycją, żeby napisać o nas książkę. Od dawna nic nie wydaliśmy, ostatnio chyba program w 2012 roku. Na szczęście w Internecie można zobaczyć nasze skecze, ale nie ma płyty, rzadko też się pojawiamy w telewizji. Pomyśleliśmy, że to dobry pomysł, a książka to w ogóle coś tak wartościowego, że nie mogliśmy odmówić i pokusiliśmy się, żeby wziąć udział w tym projekcie.

Bardzo się cieszymy, bo czytać książki jest miło, a jeszcze można się w nich lepiej wypowiedzieć. Zawsze odczuwaliśmy, że w wywiadach nie możemy do końca wytłumaczyć naszego procesu tworzenia, który jest dosyć skomplikowany i wielowątkowy. Mogliśmy to zrobić dopiero w książce. Dzięki niej można zobaczyć, jak kabaret Hrabi tworzy, jakim to jest czasami okupione bólem, a jakimi problemami.

Joanna Kołaczkowska najpierw występowała w Kabarecie Potem, a od 17 lat w Kabarecie Hrabi (fot. mat. pras.)

Artyści często piszą książki z okazji jubileuszu, a Państwa kabaret dopiero w przyszłym roku osiągnie pełnoletniość.

Tak, ale my zwyczajowo nie obchodzimy jubileuszy. 10-lecia nie świętowaliśmy, natomiast Dariusz Kamys przyznał, że może warto uczcić „osiemnastkę”, więc za rok coś wymyślimy. Nie w formie jubileuszu, ale np. imprezy z karaoke, tak jak dla osiemnastoletniej osoby.

Szykuje się też nowy program.

Tak, premiera będzie 29 marca 2020 roku, czyli już niedługo. Wymyśliliśmy też tytuł, z którym mocowaliśmy się ponad rok. Nazwaliśmy go „Ariaci”.

Książka, która jest też bogato ilustrowana, to swoisty prezent dla fanów.

Zdecydowanie! Wydając tę książkę, myśleliśmy o fanach, ludziach, którzy nas znają, którzy kolekcjonują nasze programy. Są tacy, którzy widzieli je wszystkie, a także tacy, którzy zawsze pojawiają się na premierach. Potem każdy program się zmienia, nieustannie pracujemy nad tym, żeby było lepiej. Sama zresztą mam taką wewnętrzną potrzebę, żeby to udoskonalać.

Jeśli widzowie zobaczą program choćby pół roku od premiery, to sami dostrzegają różnice, co poprawiliśmy, pytają nas też o niektóre skecze, które wyrzuciliśmy. Po roku to już w ogóle jest całkiem inny program i ludzie lubią to obserwować. Sama też jak widzę jakiś spektakl, zwłaszcza rozrywkowy to oczekuję, żeby on się zmieniał. Chciałabym widzieć rozwój i wydaje mi się, że widzowie też tego oczekują.

Praca nad książka to była też okazja do wspomnień, Państwa indywidualnych początków, ale i całego kabaretu Hrabi.

Tak, to też była dobra okazja, żeby powiedzieć trochę o nas samych. Może nie za dużo, nie są to jakieś przesadne biografie. O każdym jest notka, jak wyglądało dzieciństwo, jak się nasze losy toczyły aż do teraz. Trochę też o rodzinie, choć nie za dużo, bo chcemy chronić naszą prywatność. Najważniejsze jest, by mówić o tej artystycznej stronie.

Dużo wspomnień, ale na szczęście Łukasz Pietsch bardzo dobrze pamięta różne fakty. Ja jestem od takich rzeczy, jak daty, miejsca, a Łukasz – od wydarzeń. Darek Kamys i Tomek Majer mają problem z pamięcią, ale kiedy mieliśmy spotkania z Kubą i Pawłem w sprawie książki, to była to podróż przez całe nasze życie. Jak od początku tworzyliśmy programy i cały kabaret Hrabi. To był cudowny czas, bo przypominaliśmy sobie różne rzeczy jeden przez drugiego. Zupełnie jakbyśmy na nowo przeżywali naszą historię.

Kabaret Hrabi w pełnym składzie (fot. mat. pras.)

Te 17 lat temu towarzyszył Pani strach, obawa, czy się uda.

Na szczęście minął bardzo szybko, ale odczuwałam go niesamowicie silnie. Wydawało mi się, że już nic dobrego po kabarecie Potem nie może się wydarzyć. Nie uda się stworzyć zespołu, który będzie tak samo dobry. Jawiło mi się to jak misja beznadziejna i dziwiłam się Darkowi, prywatnie mojemu szwagrowi, że w to wierzy. Zakończył wtedy działalność z Grześkiem Halamą i zadzwonił do mnie, że ma pomysł na kabaret. Zaczęłam sobie wyobrażać, że to będzie katastrofa i broniłam się przed tym rękami i nogami, że nie chcę wracać na scenę. Chciałam grać, ale bardziej lokalnie, w małych salach i generalnie, żeby nikt nie widział, co jest absurdalne. Nie da się rozśmieszać ludzi tak, żeby nikt tego nie widział.

Zrobiliśmy tak jak chciałam i premierowy występ kabaretu Hrabi w 2002 roku miał miejsce w Zielonej Górze, w małym studenckim klubie, czyli rzeczywiście lokalnie, niemalże w sposób tajny. Gdy zobaczyłam, że idzie fajnie i poczułam się dobrze na scenie, tę przyjemność, dzikie energie, które we mnie drzemią, to przestałam się bać i znów mogłam tworzyć.

Ludzie kabaretu to dość zamknięte, hermetyczne środowisko, ale do kabaretu Hrabi dopuściliście kogoś nowego.

Dla Łukasza Pietcha to był debiut sceniczny, w kabarecie. Był i nadal jest najmłodszy. My się starzejemy, a on wciąż jest od nas młodszy, choć cieszymy się, że jest już po czterdziestce, więc trochę bliżej nas. Gdy Darek Kamys do mnie zadzwonił i powiedział, że ma takiego młodego, fajnego muzyka, to pojawiła się duża wątpliwość, że musimy mieć kogoś doświadczonego. Byłam bardzo sceptyczna.

I nie było go na żadnej z Państwa list, które stworzyliście.

Tak, właściwie to mieliśmy dwie – „listę marzenie” i drugą, kto ewentualnie może się zgodzić. Na tej drugiej był obecny teraz z nami – Tomek Majer, ponieważ zaliczyliśmy jeszcze po drodze odejście jednego kolegi, Krzyśka Szubzdy. Na liście naszych marzeń mieliśmy np. Maćka Stuhra. Wiedzieliśmy, że się nie zgodzi i nawet do niego nie dzwoniliśmy w tej sprawie. Łukasz był z nami od samego początku, co nie znaczy, że nie byłam sceptyczna. Myślałam wtedy: „co taki gówniarz będzie z nami robił, czy on coś potrafi”. Bardzo się martwiłam, czy dorówna Adamowi Pernalowi, który grał z nami w kabarecie Potem i tworzył piękne piosenki. Okazało się, że Łukasz ma własny charakter, pisze zupełnie inaczej niż Adam, ale też cudownie.

(fot. mat. pras.)

Jak to możliwe, że Joanna Kołaczkowska prywatnie, a ta na scenie, to dwie zupełnie inne osoby. Jak Pani sama siebie postrzega?

Rzeczywiście coś, na co nie zdobyłabym się prywatnie, czyli zachowanie, słowa, gesty mogę robić na scenie bezkarnie i to jest bardzo przyjemne. Na chwilę mogę zobaczyć, jakbym się czuła, gdybym była taką osobą. Wtedy dodaję sobie otuchy i wiem, że byłabym bardzo pewna siebie, wiele rzeczy bym załatwiła, miałabym ludzi wokół siebie. Prywatnie jest zupełnie inaczej, bo jestem raczej schowana, nie otaczam się taką ilością ludzi, nie dopuszczam ich za blisko. Trochę też jestem zamknięta, a jednocześnie brakuje mi tego, co mam na scenie. Tam jednak gram. Analizuję to od wielu lat i zastanawiam się, dlaczego tak jest.

Obecność publiczności wiele osób paraliżuje, a u Pani jest przeciwnie. Scena wydaje się być czymś bardziej naturalnym niż prywatne życie.

Zgadza się, rzeczywiście mam coś zupełnie odwrotnego na scenie. Nie boję się, a wręcz dostaję takiego olśnienia i otwieram się tak, jakbym zaczynała zupełnie nowe życie. Jestem odważna, zaczepiam ludzi, rozmawiam z nimi. To jest coś kompletnie innego niż w życiu. Do niedawno miałam problem, żeby coś załatwić na poczcie, w jakimś urzędzie. Bardzo to przeżywałam i były to dla mnie niesamowite rzeczy, jakie musiałam wykonać. Na scenie to jest jakiś żywioł – nie wiem, czemu tak jest, ale najprawdopodobniej natura tak to sobie ułożyła.

Jak reagują ludzie, którzy rozpoznają Panią z wyglądu, ale z zachowania już nie?

Są zaskoczeni, że jestem właśnie taka. Milcząca, delikatnie się tylko uśmiecham, nie tryskam energią, nie jestem tą osobą ze sceny, gdzie jestem absolutnym gejzerem. Zdarza się, że odbierają to, jakbym była wyniosła. Tworzy się jakieś napięcie, że ludzie czegoś oczekują, a ja im tego nie daję. Mam potem poczucie, że nie ofiarowałam tej osobie tego, czego ona oczekiwała. Mam wrażenie, że czemuś nie sprostałam.

Na scenie buduję wizerunek osoby absolutnie dostępnej. Jak ktoś mnie pyta, czy wtedy udaję, czy gram, to odpowiadam, że owszem – jestem aktorką, ale tak gram, że właściwie jestem sobą. Można mieć jednak dysonans przy poznaniu mnie prywatnie. Jest mi dużo trudniej nawiązać relacje w życiu niż na scenie.

(fot. mat. pras.)

Jak to się dzieje, że pomimo popularności, udaje się Pani zachować prywatność?

Po pierwsze sama postawiłam sobie taką granicę. Nie informuję, nie publikuję zdjęć ani z rodziną, ani z dzieckiem, ani z partnerami. Nie uważam, żeby to było właściwe. Ograniczam się do wiadomości z działalności artystycznej. Z drugiej strony wiem, że generalnie kabarety nie są brane pod uwagę. Nikt nie biega z aparatami fotograficznymi, nikt ich nie śledzi i nie nagrywa. Gdyby było inaczej, to chyba przypłaciłabym to zdrowieniem psychicznym. Cieszę się więc, że jest tak jak jest.

Wydaje mi się, że dzieje się tak, ponieważ istniałoby ryzyko, czy kabaret nie ustawił danej sytuacji – rzekomo sfotografowanej czy spisanej. Jednak jesteśmy traktowani trochę z pobłażaniem: „tacy tam pajace, więc prawdopodobnie w życiu też pajacują”. Dużo łatwiej paparazzi dorwać kogoś, z kogo można zrobić pajaca, obśmiać kogoś poważnego. Kąsanie kabaretu jakoś się na szczęście kłóci.

Czy sytuacje, które Panią spotykają na co dzień, są inspiracją do tworzenia programów na scenę?

Tak, nieustannie. Jestem silnym obserwatorem w związku z tym, że moje życie wewnętrzne jest bardzo rozbudowane. Co tam sobie zauważę w relacji z kimś, jakiś gest, to sobie od razu notuję. Czasami jedno zdanie może być powodem do tego, żeby napisać cały skecz, oprzeć na tym scenę, która się rozwija w niesamowitych kierunkach. Całe życie obserwuje to, co u ludzi, notuję to w głowie, ale także fizycznie na kartkach. Mam wrażenie, że to niewyczerpane źródło inspiracji.

Ostatnio jednak najbardziej lubię wymyślać piosenki. Kiedy robiłam recital, to wpadłam na pewien pomysł, z którym udałam się do Artura Andrusa, który miał mi pomóc napisać tekst. Zapytał mnie: o czym będzie ta piosenka? Odpowiedziałam mu, że zawsze marzyłam, żeby zaśpiewać piosenkę o kobiecie, która chodzi po ulicy i zabija facetów brudną szmatą. Artur padł, jak to usłyszał. Napisaliśmy jednak niezwykłą piosenkę, strasznie śmieszną, zatytułowaną „Brunatna Ewka”. Jak widać mam rozbudowaną wyobraźnię, którą miałam już jako dziecko, choć byłam jeszcze bardziej zamknięta niż teraz. Uwielbiałam się jednak popisywać. Kiedy przychodzili goście, to nagle ożywałam, już byłam przed nimi.

(fot. mat. pras.)

To była ta pierwsza scena.

Tak, gdy mama parzyła herbatę i rozmawiała z koleżankami, ja już biegałam między nogami, robiłam jakieś fikołki. Bardzo lubiłam być dostrzegana i właśnie to mi dała scena, że jestem widoczna – patrzcie jestem! Bo jako dziecko miałam wrażenie, że jestem przezroczysta. Wychodząc na scenę, próbuję żyć, a potem prywatnie znów chowam się w swojej skorupie Wydaje mi się, że na szczęście ten balans jest zachowany. Nie wiem, co by było, gdybym nie występowała. Musiałabym w jakiś inny sposób kanalizować te potrzeby.

Skoro mówimy o muzyce, to co dają Pani występy recitalowe?

Śpiewanie to od zawsze moje największe marzenie, czuję wtedy jeszcze większą namiętność niż podczas grania w skeczach. Oczywiście w ramach recitalu śpiewam piosenki, które rozbawiają, mam tę potrzebę mrugnięcia okiem. Nawet w lirycznej piosence jest jakiś wątek, który spowoduje uśmiech na twarzy. Na razie nie chcę śpiewać tych całkiem poważnych, może w przyszłości. Teraz są to takie utwory, które mają zabarwienie humorystyczne. Odczuwam wtedy największe szczęście. Zawsze też chciałam być piątym Beatlesem. Słuchałam ich od zawsze, przykładając sobie radyjko do ucha. Budziło to we mnie niesamowitą namiętność. Muzyka jest dla mnie bardzo ważna, inspiruje mnie cały czas, dlatego uwielbiam muzyczne projekty.

Twój głos to wrodzony talent czy może efekt ciężkiej pracy?

Ja swój głos sobie wypracowywałam, trochę też śpiewam przez wygłup. Mam taką metodę, że wychodzę na scenę i wiem, że nie mogę śpiewać serio, z myślą, że jestem wokalistką, bo to wtedy źle wychodzi. Miałam kiedyś taki epizod, że postanowiłam pójść się nauczyć śpiewać. Poszłam więc na taką lekcję i w pewnym momencie nauczycielka zadała mi coś trudniejszego do zaśpiewania, na co jej powiedziałam, że musiałabym spróbować, ale przez wygłup. I wtedy ona mi uświadomiła, że to jest bardzo dobra metoda. To jest śpiewanie nie z pozycji osoby, która będzie wokalnie robić popisy. Wówczas lepiej uruchamia się dźwięk i oddech, daje taki luz. Cały czas się tego uczę.

Joanna Kołaczkowska, Dariusz Kamys i Tomasz Majer (fot. mat. pras.)

Czy po tych 17 latach w kabarecie Hrabi, nie macie jeszcze siebie nawzajem dosyć?

Nie ma takiej obawy. 17 lat to rzeczywiście strasznie długo, ale trochę tego nie liczymy. Nie jesteśmy sobą w ogóle znudzeni, pracuje nam się świetnie, stanowimy rodzinę kabaretową. Wiadomo, jak to w rodzinie, są różne emocje, czasami nam się coś nie udaje, jesteśmy na siebie źli, zestresowani, ale stanowimy fajną drużynę. Mamy wspólny cel, plan nakreślony na wiele lat do przodu. Jedyne co nas może zatrzymać to problemy klimatyczne i choroba. O to się modlę, żeby to nigdy nie nastąpiło, żebyśmy dawali sobie radę jak najdłużej, bo naprawdę pomysłów mamy sporo. Myślę, że najważniejszy jest stały skład, żeby się razem rozwijać w jednym kierunku.

Jeśli zaś chodzi o przenikanie się składów z innymi kabaretami, to robiliśmy ostatnio program z kabaretem Jurki, a teraz kolejny z Czesławem Jakubcem, który jest tenorem i robi kabaret ze śpiewania. To taki trochę operowy program, więc będziemy też sami śpiewać. Robimy to też po to, żeby się czegoś nauczyć od innych w pracy. Mówimy, że bierzemy sobie kogoś, żeby „spić trochę krew”, jak wampiry, ponieważ pracując już tyle lat i będąc dojrzałym wiekowo i artystycznie, można dobrnąć do mety. Nie boję się jednak tego, ponieważ wiem, że kiedy się ma plan na lata, to nas nie dopadnie. Cały czas trzeba starać się robić coś nowego i wówczas marazm nie nastąpi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *