To coś jest w naszych głowach. Orwellowski „Rok 1984” w Teatrze Powszechnym
Czerwiec 16, 2018
„Nienasycony” oszukał przeznaczenie. Nowa biografia Roberta Lewandowskiego
Czerwiec 19, 2018

„Jest w niej coś więcej niż tylko pusta rozrywka”. AJ Finn w ogniu pytań [WYWIAD]

AJ Finn jest autorem bestsellerowej powieści „Kobieta w oknie” (fot. Kuba Celej)

Choć przez lata zmagał się z ciężką depresją i problemami psychicznymi, to prawidłowa diagnoza i leczenie odmieniło jego życie. AJ Finn niedługo potem napisał swoją debiutancką powieść „Kobieta w oknie”, której bohaterka również zmaga się z zaburzeniami. Książka została wydana w 43 krajach i z marszu stała się bestsellerem. Sprzedano blisko dwa miliony egzemplarzy, a w sierpniu ruszają zdjęcia do jej ekranizacji z Amy Adams w roli głównej. – To naprawdę przyjemna niespodzianka, a właściwie cała seria niespodzianek – mówi nam autor.

Czy to twój pierwszy raz w Polsce?

Tak.

Jakie masz pierwsze wrażenia?

Widziałem już lotnisko i hotel, a po drodze miałem okazję zobaczyć dużo wspaniałej architektury. Ojciec mojego kuzyna pochodzi z Polski, nazywa się Juchas. Byłem więc bardzo ciekaw, jak wygląda kraj, z którego pochodzi część mojej rodziny. Dużym plusem jest też pogoda, ponieważ dopiero co byłem w Mediolanie, gdzie cały czas padało.

Obserwacji dokonywałeś oczywiście przez okno?

(śmiech) Tak, myślę że to właściwy sposób.

Czy czujesz się już pisarzem celebrytą?

Nie, może któregoś dnia tak się stanie, ale nie jest to jeszcze ten moment. Po pierwsze nie miałem jeszcze okazji, żeby się nad tym zastanowić, bo od stycznia cały czas podróżuję, promując moją książkę. Po drugie, ponieważ napisałem ją pod pseudonimem, to mam trochę wrażenie, jakby to wszystko przydarzyło się komuś innemu.

Powieść AJ Finn „Kobieta w oknie” (fot. mat. pras.)

Spodziewałeś się takiego sukcesu i to po książce, która jest twoją debiutancką?

Absolutnie nie, bo kiedy pisałem tę książkę, to moją jedyną ambicją było dotrzeć do ostatnich słów, postawić kropkę i napisać koniec. Od tego czasu jednak bardzo dużo się wydarzyło. Sprzedaliśmy ją w 43 krajach, zadebiutowała na pierwszym miejscu bestsellerów dziennika „New York Times” i tylko w języku angielsku sprzedała się w 1,3 miliona egzemplarzy. W sierpniu zaczynają się też pierwsze zdjęcia do ekranizacji, w której główną rolę zagra Amy Adams, a reżyserem będzie Joe Wright.

Pracuję od 10 lat w branży wydawniczej i zdaję sobie doskonale sprawę, że to się zazwyczaj tak nie dzieje. Kiedy ją opublikowałem, to byłem raczej przygotowany, że nie okaże się sukcesem. To naprawdę przyjemna niespodzianka, a właściwie cała seria niespodzianek.

Umiałbyś powiedzieć, nie odkrywając wszystkiego, o czym jest twoja książka?

Słyszałem, że to arcydzieło (śmiech). Tytułowe okno jest oknem hitchcockowskim, ponieważ główna bohaterka jest uwięziona w swoim domu od 10 miesięcy i świat obserwuje z tej perspektywy. Całe dnie spędza na oglądaniu starych filmów, a oprócz tego zajmuje się też piciem wina, nadużywaniem różnego rodzaju leków i szpiegowaniem sąsiadów.

Pewnego razu wydaje jej się, że była świadkiem morderstwa w domu po drugiej stronie ulicy, ale nie może wyjść z domu, żeby to sprawdzić. Nie może też o tym nikomu powiedzieć. Im dłużej to wszystko trwa, tym bardziej zaczyna sobie zadawać pytania, czy rzeczywiście coś widziała, czy to wszystko jej się przewidziało i jest wytworem jej wyobraźni i konsekwencją nadużywania różnych substancji.

(fot. mat. pras.)

Jak wiele przeżyć bohaterki książki to twoje własne doświadczenia?

Wiele mnie z nią łączy, mamy wspólne doświadczenia i zainteresowania, czyli włożyłem w nią sporo z siebie. Anna Fox, bo tak nazywa się główna bohaterka książki, zmaga się z problemami natury psychicznej i to są problemy, których ja doświadczałem od 21 roku życia, czyli przez większość życia, bo w tej chwili mam 38 lat. Trzy lata temu została u mnie zdiagnozowana choroba dwubiegunowa i od tamtej pory mój stan znacznie się poprawił.  Chciałem zbadać to, co sam przeżyłem, ale nie chciałem pisać książki bezpośrednio o depresji, bo to byłoby dość dołujące. To przecież nie traktat o depresji, ale powieść, więc zależało mi na tym, żeby była ciekawa, ale też zabawna. Uważam jednak, że jest w niej coś więcej niż tylko pusta rozrywka, dlatego spotkała się z tak entuzjastyczną reakcją czytelników na całym świecie.

To, co sam najbardziej lubię w thrillerach i powieściach kryminalnych to, że możemy je odbierać na dwóch poziomach. Po pierwsze doświadczać powierzchownych doznań, tych wszystkich tajemnic i wstrząsów, które funduje nam powieść. Kiedy jednak zajrzymy pod tę powierzchnię, to można zobaczyć głębsze znaczenie i prawdziwy sens. To właśnie starałem się osiągnąć.

Dlaczego główna bohaterka jest kobietą, a nie mężczyzną?

Stworzyłem żeńską bohaterkę z dwóch powodów. Po pierwsze obawiałem się, że jeżeli będę analizować swoje problemy i doświadczenia, to gdyby bohater był mężczyzną, to byłoby to zbyt autobiograficzne. Chciałem napisać powieść, a nie biografię. Po drugie, zarówno jako czytelnika, jak i kogoś, kto pracował w branży wydawniczej, martwią mnie pewne trendy. Chodzi o to, że, że gdy mamy kobiecą bohaterkę, to zwykle jej główną obsesją, celem w życiu jest relacja z mężczyzną czy mężczyznami. Z tego, na ile się przekonałem w życiu, rzeczywistość jest z goła odmienna. Kobiety mają światu do zaoferowania dużo więcej niż bycie uzupełnieniem mężczyzny. Dlatego bohaterka mojej książki jest pewnym antidotum na ten trend.

Chociaż Anna Fox jest trochę wrakiem człowieka, to wcale nie znaczy, że jest księżniczką w wieży, która czeka na pomoc. Sama musi opanować swoje życie i znaleźć rozwiązanie w tej sytuacji. Ponadto bardzo zależało mi, żeby w tytule pojawiło się słowo „kobieta”, a nie dziewczyna. Uważam, że to trochę ubliża kobietom, które mają 20, 30, 40 lat, kiedy mówi się o nich „dziewczyna”. One są przecież dojrzałymi kobietami, więc nie trzeba ich na siłę odmładzać. Ja mam 38 lat i jestem mężczyzną, nie chciałbym, by ktoś mówił o mnie „chłopak”.

(fot. mat. pras.)

Zdarzało ci się w czasie, kiedy znajdowałeś się w szponach choroby, brałeś leki i miałeś utrudniony kontakt z ludźmi, by tak jak Anna Fox podglądać sąsiadów?

Nie powiedziałbym, żeby to był mój zwyczaj, ale uważam, że podglądanie to taka pierwotna skłonność człowieka, której ulegamy. Ludzie są w jakiś sposób zaprogramowani na to, żeby być ciekawymi swojego otoczenia i innych ludzi. W dużych miastach, takich jak Nowy Jork czy Warszawa, ludzie nie zasłaniają okien, nie opuszczają rolet. Nawet jeżeli nie zamierzają zaglądać innym w okna, to nie można tego zapobiec.

Kiedyś tak się zdarzyło, że gdy wyjrzałem przez okno w moim mieszkaniu, to zobaczyłem sąsiadkę, która w tym momencie zapaliła lampę u siebie. Pamiętam, że była po czterdziestce, ubrana w szlafrok i celowała pilotem w swój telewizor. W tym samym czasie w filmie Hitchcocka, który akurat leciał w telewizji usłyszałem słynne zdanie: „nie szpieguj swoich sąsiadów”. Uznałem, że to bardzo zabawne, że 60 lat po nakręceniu tego filmu robię dokładnie to samo, co Jimmy Stewart. Ta postać, którą sobie wymyśliłem wyglądała w dużym stopniu tak, jak ta osoba, którą zobaczyłem przez okno. Jestem jej bardzo wdzięczny, choć do dzisiaj nie wiem, jak się nazywa, ale wiem, gdzie mieszka.

(fot. mat. pras.)

Czy to był moment, kiedy postanowiłeś, że napiszesz powieść?

Tak, ponieważ wcześniej nie zamierzałem pisać żadnej powieści. Lubiłem swoją dotychczasową pracę, a poza tym nie miałem do opowiedzenia żadnej historii. Przez te wszystkie lata w branży wydawniczej, widziałem bardzo dużo powieści, które próbowały naśladować inne, które odniosły sukces. Po ogromnym sukcesie „50 twarzy Greya” otrzymałem bardzo dużo propozycji różnych powieści, ale żadna z nich nie wydawała mi się autentyczna.

Podczas studiów doktoranckich na Oxfordzie poświęciłem moją pracę Patricii Hismith, która napisała „Utalentowanego Pana Ripley”, która położyła podwaliny pod cały gatunek thrillera psychologicznego. Kiedy w 2012 roku Gillian Flyn opublikowała swoją „Zaginioną dziewczynę” okazało się, że jest bardzo duże zapotrzebowanie na tego typu powieści. Sam wciąż nie miałem historii, którą bym mógł opowiedzieć. Dopiero cztery lata później pojawiła się w mojej głowie. Na szczęście dla mnie, czytelnicy nie przestali interesować się tym gatunkiem.

Samo pisanie było dla Ciebie terapią czy raczej efektem po?

Do pewnego stopnia było terapeutyczne, ale wydaje mi się, że bardziej było efektem terapii niż samą terapią. Wprawdzie wydałem książkę, opisując swoje własne problemy, ale nie robiłem tego do końca świadomie. Mimo, że nigdy nie byłem dobry w zgadywaniu, kto zabił, to tworzenie tej całej układanki sprawiło mi dużo radości. Było to dla mnie zarazem wyzwanie intelektualne i podróż emocjonalna.

Czy miejsce, gdzie mieszkasz ma znaczenie dla twoich powieści?

Książkę już prawie skończyłem, ale rzeczywiście spędziłem trochę czasu w San Francisco. Za to w przyszłym roku przeprowadzam się do Londynu.

Dlaczego Londyn, w czym jest lepszy od Nowego Jorku?

Są dwa powody, po pierwsze kocham Europę i dzięki temu będę mieć łatwiejszy dostęp. Po drugie po pięciu latach w Nowym Jorku czuję się zmęczony. To oczywiście fenomenalne miejsce, nie ma drugiego takiego miasta na świecie. Muszę przyznać, że jest równie fascynujące, co wyczerpujące. To prawda, że nigdy nie zasypia. Londyn z kolei potrafi co jakiś czas się uspokoić, a to dla mnie duża zaleta.

AJ Finn na Stadionie Narodowym w czasie Warszawskich Targów Książki (fot. mat. pras.)

Czy spotkania i kontakt z zupełnie obcymi ludźmi bardziej cię stresują czy ekscytują?

Przede wszystkim cenię swoją prywatność, więc dużo energii mnie kosztują spotkania z czytelnikami i dziennikarzami, ale muszę też przyznać, że wiele czerpię z tych sytuacji i dają mi dużo radości. W życiu pisarza jest tak, że najpierw dużo czasu spędza siedząc samemu, pisząc w piżamie w domu. Później trzeba wyjść z domu, żeby podpisywać książki, udzielać wywiadów, podróżując i odwiedzając różne wspaniałe miejsca. Trzeba umieć się przełączać między tymi dwoma trybami życia.

To jest sytuacja, w której bardzo przydaje się mój pseudonim. Jako Dan Mallory jestem bardzo introwertyczny i raczej cichy, a jako AJ Finn o wiele bardziej otwarty, energiczny i chętny do rozmów na różne tematy. Może to trochę dziwne, ale mój mózg już tak działa. Na szczęście podróżować uwielbiam w obu odsłonach.

Czy jest jakieś pytanie, którego się obawiasz?

Czy, jak powiem ci to pytanie, to mi je zadasz? (śmiech) Chyba nie ma takiego pytania. Jest jedno, za którym nie przepadam, ale częściej zadają mi je dziennikarze anglojęzyczni. Chodzi w nim o to, czy użyłem neutralnie płciowego pseudonimu po to, żeby nabrać moich czytelników, aby myśleli, że jestem kobietą. Odpowiedź brzmi, że absolutnie nie, bo przecież gdybym próbował ukryć swoją tożsamość, to nie rozmawiałbym z dziennikarzami. Po drugie, jeżeli ktokolwiek wyszuka mojego pseudonimu w Internecie, to zobaczy moje zdjęcie z brodą.

Kiedy wysłałem tę powieść do wydawców, to sam pracowałem jako redaktor w wydawnictwie. Nie chciałem podawać swojego prawdziwego nazwiska, bo zależało mi, żeby ocenili mój maszynopis obiektywnie. Znali mnie, więc natychmiast by się domyślili, że to ja. Kiedy tylko wyrazili zainteresowanie książką i chcieli mi złożyć ofertę, to nie próbowałem ich oszukiwać i ujawniłem kim jestem. To nigdy nie była tajemnica. Ponadto ze względu na prywatność nie chciałem widzieć wszędzie swojego nazwiska.

AJ Finn i Adam Cissowski w hotelu Sheraton w Warszawie (fot. A. Tatera)

Potrafisz wymienić jedną rzecz, która zmieniła się pod wpływem tego sukcesu?

To bardzo dobre pytanie, nigdy mi go nie zadano. Może to właśnie to, o które pytałeś wcześniej. (długa cisza) Jestem o wiele bardziej otwarty i odważny niż kiedyś. Zawsze lubiłem podróże, ale raczej unikałem poznawania nowych ludzi, trzymałem się na uboczu. Przekonałem się, że nie tylko nie przeszkadza mi rozmawianie o sobie i zdrowiu psychicznym, ale wręcz lubię to. To zaszczyt, że mogę opowiadać ludziom o swojej pracy. To też duży przywilej, że mogę mówić o kwestiach, które często stanowią temat tabu. Często odzywają się do mnie moi czytelnicy, zarówno na żywo, jak i w Internecie. Mówią mi, że to wspaniałe, że różne problemy psychiczne zostały poruszone w tej książce w tak szczery i otwarty sposób.

Czy będzie ciąg dalszy, bo taki sukces warto chyba wykorzystać, ale z drugiej strony czy nie obawiasz się, że drugi raz może się to już nie powtórzyć?

Dziękuję, teraz dopiero czuję się pod presją. Pomysł na drugą książkę pojawił się jeszcze zanim wydałem pierwszą. Oczywiście czuje dużą presję, żeby napisać książkę, która spotka się z równie ciepłym przyjęciem, co mój debiut. Prawdziwe wyzwanie to jednak, żeby znaleźć czas na pisanie. Moja druga książka też będzie thrillerem psychologicznym, ale tym razem akcja będzie się rozgrywać w San Francisco. Będzie bliższa starym detektywistycznym historiom w stylu Agathy Christie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *